W miniony piątek, wraz z nastaniem wieczoru, rozpoczęło się żydowskie Święto Szałasów (Sukkot), które potrwa aż do kolejnego piątku.
To radosne święto upamiętniające uwolnienie się narodu z egipskiej niewoli oraz trudy długiej wędrówki przez pustynię. Przy okazji pełni ono rolę swoistych dożynek, gdyż tradycyjnie wiązane jest z końcem jesiennych zbiorów – rolnicze akcenty w Święcie Szałasów są bardzo wyraźne. Oprócz tymczasowych schronień (szałasów) wznoszonych z naturalnych materiałów (gałęzi, patyków, kijków, liści), w trakcie modlitw kołysze się bukietami złożonymi z czterech roślin: daktylowca, mirtu, wierzby i etrogu. Trzy pierwsze są nam raczej znane, lecz czym jest ten dziwny etrog?
Nie mamy kontaktu ze świeżymi etrogami jako takimi i to niezależnie od wyznawanej wiary czy poglądów – u nas po prostu ich nie ma, nie rosną, a jeżeli są sprowadzane, to tylko pojedyncze sztuki i to zapewne właśnie na potrzeby Święta Szałasów. Prędzej spotkamy je w formie kandyzowanych kosteczek w… mieszankach do keksa, gdzie ukrywają się w ingrediencjach jako cykata.
Źródłem cykaty (takiej prawdziwej) powinien być cytron, znany także jako cedrat – po łacinie Citrus medica, a po hebrajsku etrog – choć jak się przekonamy, słówko to można interpretować na wiele sposób. To wiecznie zielone drzewo jest uważane za jednego z trzech głównych przodków wszystkich znanych nam współcześnie cytrusów, obok mandarynki i pomarańczy olbrzymiej czyli pomelo. Nie ma bezpośredniego związku – choć zbliżoną nazwę – z cytryną, ale jest jednym z jej rodziców: drugim jest pomarańcza gorzka, zresztą też mieszaniec mandarynki i pomelo. W ogóle zagłębienie i zrozumienie „drzewa genealogicznego” cytrusów jest wyzwaniem większym niż rozpisanie „kto i z kim” w Modzie na Sukces, dlatego nie będę rozwijał tego tematu. W każdym razie cytrony są bardzo stare.
Żydzi nie od razu pokochali cytrony, albowiem wcześniej… ich nie znali. To gatunek obcy dla basenu Morza Śródziemnego, zaś rodzimy dla Dalekiego Wschodu, aczkolwiek kwestia dokładnego pochodzenia cedratów jest sporna. Jedni uważają indyjski Assam za kolebkę tego owocu, drudzy wskazują na chiński Junnan – w każdym razie wywodzi się mniej więcej gdzieś stamtąd. Cytronami zainteresowano się wyłącznie ze względu na ich barwę i niezwykłą wonność owoców, części zielonych oraz drewna: pomimo tysięcy lat upraw, wciąż są wściekle niesmaczne i z przerażająco grubą skórką (egzokarpem i mezokarpem), a drewno nie nadaje się ani do budownictwa, ani na opał. Opadłe leżą i pachną, więc w oczywisty sposób wzbudziły zainteresowanie warstw arystokratycznych, które też lubiły leżeć i pachnieć. Wedle zapisków Liu Xiuna z X wieku, bogacze eksponowali te owoce na półmiskach jako symbol swojego statusu materialnego. Nieco później duże uznanie zdobyła odmiana palczasta (var. sarcodactylis), przypominająca wyglądem dłoń albo ośmiornicę – powszechnie wiązano ją z kobiecym libido. Na wielu chińskich scenkach rodzajowych przedstawiających uciechy, gdzieś w pobliżu znajdują się cytrony, głównie palczaste, które miały nawiązywać do różnych łóżkowych zabaw i bezeceństw.
Żydzi musieli się spotkać z cytronami znacznie wcześniej niż reszta śródziemnego świata starożytnego, bo najpóźniej w trakcie niewoli babilońskiej (VI w. p.n.e.), acz niektórzy przesuwają ten okres jeszcze o kilka wieków wcześniej. Pozostali musieli czekać na powracające wojska Aleksandra Wielkiego (IV w. p.n.e.), które przywiozły owoce, nasiona, a być może również i sadzonki „medyjskiego jabłka”, jak zwali je Grecy. Nie znalazły one jednak większego zastosowania prócz roli ozdobnej i z rzadka leczniczej czy kulinarnej, dlatego wciąż pozostawały dużą ciekawostką. Gospodarze co znamienitszych ogrodów chwalili się gościom, że mają u siebie mityczne „jabłka Hesperyd” i pokazywali owocujące złociste cytrony.
We współczesnym języku hebrajskim słowo „etrog” oznacza ni mniej, ni więcej tyle, co cytron. Jednakże w dawnych czasach nic nie było takie oczywiste. W Księdze Kapłańskiej, w rozdziale omawiającym Święto Szałasów, znajdziemy zapis pri etz hadar, czyli „owoc drzewa hadar„, co tłumaczy się jako „owoc pięknego drzewa”. Dokładny gatunek nie został wyrażony wprost, a całe sformułowanie jest botanicznie niejasne, dlatego w Talmudzie doprecyzowano, że musi być to cytron/etrog, a nie żadna pigwa, granat albo jakikolwiek inny owoc. Rabini wręcz stawali na głowie, aby wymyślić jakieś sensowne uzasadnienie dla takiego wyjaśnienia. Rabin Ben Azzai sugerował, że hadar czyta się z grecka hydor, stąd już krok do hydro, a że cytrony wymagają nawadniania, to zapewne chodzi o nie. Rabin Jehuda ha-Nasi twierdził, że hadar to ha-dir, czyli owcza zagroda, bo na cytronowym drzewie są małe i duże owoce, tak jak i w zagrodzie są małe oraz duże owce. Rabin Abbahu kazał czytać hadar jako ha-dar – pozostaje – bo cedraty długo wiszą, zanim opadną, więc na jednej gałęzi mogą być owoce zeszłoroczne i tegoroczne, więc analogia jest zupełnie jasna.
W trakcie modlitw podczas Święta Szałasów nie powinno używać się byle jakiego pierwszego lepszego etrogu – etrog musi być etrogiem „w pełni”, a przez to odpowiadać wymaganiom czystości narzuconym w Misznie (części Talmudu). Po pierwsze: powinien mieć szypułkę, koniuszek i wszystkie pozostałe elementy, nie może być zniekształcony, a owoc powinien być większy niż kurze jajko. Po drugie: nie może mieć skaz, przebarwień, pęknięć czy ubytków. Po trzecie: nie nadaje się owoc mający chazazit, a więc stwardniałej, pęcherzykowatej faktury – łatwo to sobie zobrazować wyglądem parchatych kartofli. Po czwarte: musi być soczysty; niedopuszczalne jest przeschnięcie czy zleżenie: wątpliwości rozwiewa się przewlekając przez owoc igłę z nitką – musi na niej pozostać wilgoć. Nie dziwią więc obrazki pieczołowicie zapakowanych w plastik czy styropian etrogów, które są uważnie oglądane przez lupę niczym diamentowe zegarki od Cartiera – tylko dobry etrog to koszerny i właściwy etrog.
Oczywiście judaizm jest wewnętrznie podzielony na rozmaite nurty, a te niekiedy mają swoje preferencje względem wykorzystywanych odmian etrogów. Na przykład chasydzi z grupy Chabad-Lubawicz uważają głównie etrogi pochodzące z włoskiej Kalabrii, gdzie znajdują się duże plantacje prowadzone przez religijnych Żydów. Tam drzewa plonują dwa razy do roku i zbiór jesienny w całości jest przeznaczany na potrzeby Święta Szałasów, a owoce osiągają zawrotne ceny – bo nawet i 200 euro za sztukę za najwspanialsze okazy.
Zastanawiałem się nad puentą tego tekstu, ale wszystkie wydawały mi się tak gorzkie jak cytron. Gdybyśmy przykładali się do jakości bożonarodzeniowego sianka tak, jak Żydzi do jakości etrogu, może i nas Bóg spojrzałby litościwiej?
Czy obserwujesz mnie na Facebooku?


Dodaj komentarz