Właśnie kwitną głogi: ich specyficzna woń leniwie roztacza się po całej okolicy i jest wyczuwalna nawet z daleka.
Uwielbiam ten słodko-duszący aromat, który przywodzi na myśl migdały, nasiona tonka oraz wanilię. Taka kompozycja kojarzy mi się z witrynami pełnymi świeżych wypieków z najlepszych francuskich cukierni. Dlatego nie powinno nikogo dziwić fakt, iż kwiatostany głogu użytkowano nie tylko w lecznictwie, lecz również w perfumiarstwie.
Czy każdy głóg nadaje się do tego celu? Teoretycznie tak, ale w praktyce wykorzystuje się tylko głóg jednoszyjkowy (Crataegus monogyna), który często można spotkać na miedzach czy skrajach lasu. Głóg dwuszyjkowy (Crataegus laevigata) odznacza się raczej mdlistą, ostrzejszą i mniej przyjemną wonią. Łatwo rozróżnić je po liściach – u głogu jednoszyjkowego są wyraźnie klapowane, zaś u głogu dwuszyjkowego wcięcia są rzadkie i płytkie, a nawet w ogóle nie występują.
Głóg zdobył uznanie w XIX wieku, gdy stały się popularne formuły próbujące odtworzyć preparaty i zapachy dawne, antyczne, starożytne. Chętnie wyrabiano aromatyzowaną oliwę, która służyła do pielęgnacji skóry głowy i włosów – macerowano w niej świeży głóg, hiacynty i konwalie. Destylowano olejek eteryczny i wodę głogową, aczkolwiek były one drogie z uwagi na konieczność zapewnienia dużego wsadu oraz niewielki udział frakcji lotnej. Na pewno jest Wam znana firma Rimmel. Jej założyciel, Eugene Rimmel (1820-1887) zajmował się perfumiarstwem i opisał wyrób maści o zapachu głogu – uważał, iż akurat w tym przypadku kompozycje różnych składników lepiej oddają charakter tej rośliny niż sam głóg. W 1887 roku po raz pierwszy udało się uzyskać aldehyd anyżowy, który odznacza się silnym zapachem przypominającym właśnie… kwitnący głóg. Cząsteczka ta pozwoliła na opracowanie receptury słynnych perfum Après L’Ondée, które Guerlain wypuścił na rynek w 1906 roku. Nie oznacza to, że głogowe przetwory naturalne zanikły – wciąż były używane, choć na małą skalę, głównie przez niską wydajność (około 0,5% dla konkretu) i cenę. Wykonane ze świeżych kwiatów odznaczają się rześkością, dużym podobieństwem do woni miodu, rumianku i lilaka. Użycie materiału suszonego powoduje, iż koncentraty nabierają pewnej ciężkości, stają się sianowate, balsamiczne i wyraźnie ziołowe.
Współcześnie syntetyczne nuty głogowe są spotykane w cokolwiek wyszukanych perfumach, zwykle należących do rodziny kwiatowo-pudrowej, ale przeważnie nie są wyodrębniane oddzielnie w opisach – ukrywają się jako szeroko rozumiane „aldehydy”. Kwiaty tej rośliny można wyczuć w kompozycji Fahrenheit od Christiana Diora, Lumière od Nicolasa Mamounasa, Flower od Kenzo czy Paris od Yves Saint Laurent.
Obecnie wiemy o tym, że na zapach kwitnącego głogu tworzy ponad 120 substancji, wśród których największą rolę odgrywają: już opisany aldehyd anyżowy, 2-fenyloetanol (szeroko spotykany w świecie natury, słodko-różany), eugenol (to on nadaje aromat goździkom, słodko-pikantny) oraz salicylan metylu (również częsty element olejków, słodko-chłodny). Podkreślają je między innymi jasmon (kwiatowo-drzewny), β-kariofilen (drzewno-pikantny) czy α-farnezen (cytrusowo-drzewny). Suszenie głogu – nawet w niskiej temperaturze – powoduje ewaporację cząsteczek lekkich, przez co wybijają się frakcje ciężkie, węglowodorowe i estrowe, co drastycznie zmienia wrażenia sensoryczne.
Jeżeli macie taką możliwość, udajcie się na długi aromaspacer. Kolejna taka okazja dopiero za rok!
Czy obserwujesz mnie na Facebooku?


Dodaj komentarz