ZIOŁOLECZNICTWO, GALENIKA I MEDYCYNA NATURALNA

Terror dżumy

O dżumie jest coraz głośniej: dodatkowych informacji o możliwym wypadkach w Irkucku oczekuje zarówno Biały Dom, jak i Światowa Organizacja Zdrowia (WHO).

Jaki byłby to chichot dziejów, gdyby lokalna epidemia dżumy została wywołana przez nieostrożność pracowników… Instytutu Przeciwdziałania Dżumie!

O chorobie w ujęciu klinicznym napisałem w poprzednim wpisie, lecz wymaga on pewnego rozszerzenia. Wedle publicznie dostępnych informacji, mikroby Yersinia pestis (pałeczki dżumy) są przechowywane w pięciu jednostkach badawczych na terenie Federacji Rosyjskiej. Oczywiście nie oznacza to, iż każdy przypadek ma jakiś związek z laboratoriami. W przypadku niektórych chorób zakaźnych istnieją tak zwane „ogniska naturalne”, a więc rejony, gdzie drobnoustroje trwają dzięki naturalnym rezerwuarom (zwykle zwierzętom) oraz korzystnym warunkom. Rozważając dżumę, w samej tylko Rosji jest ich aż 11 – trzy na południu Syberii, a osiem nieco bliżej nas: nieopodal Morza Kaspijskiego, w Kałmucji i na Kaukazie oraz w regionach takich miast jak Rostów nad Donem, Wołgograd i Astrachań. Nie zawsze są one aktywne – dla przykładu w ZSRR i Rosji nie wykryto dżumy przez blisko 40 lat, aż do kilku przypadków w latach 2014-2016: bakterie przedostały się do organizmu przez uszkodzenie skóry w trakcie oprawiania zwierzyny łownej, co wywołało formę dymieniczą.

Dlaczego w ogóle trzyma sie dżumę w laboratoriach? Po pierwsze: są wykorzystywane do produkcji szczepionek. Tak – istnieją szczepionki przeciwko dżumie, choć mają sporo efektów ubocznych oraz chronią głównie przed formą dymieniczą, znacznie słabiej przed dżumą płucną. Podaje się je głównie naukowcom mającym kontakt z bakteriami Yersinia pestis, nie wyszczepia się całej populacji zamieszkującej tereny uznawane za rezerwuary naturalne. Trwają badania nad nowymi preparatami, które w testach na zwierzętach osiągają spektakularne rezultaty (100% przeżywalności), ale do komercyjnego wdrożenia jeszcze daleka droga. Prace nad szczepionkami przeciwko dżumie prowadzi się już od końca XIX wieku, lecz nieuwaga to nieodzowna cecha ludzka. W 1939 roku nieomal rozwinęła się epidemia w Moskwie: dżumę płucną złapał Abram Berlin, zastępca dyrektora instytutu „Mikrob” w Saratowie, który nieświadom niczego rzucił się w hulaszczy moskiewski wielki świat. W rezultacie zmarły trzy osoby, zaś pozostali z którymi miał kontakt, pozamykali się na dłuższy czas w izolatkach.

Po wtóre: prace nad szczepionką – a także nad antybiotykami przeciwko dżumie – wymagają… hmm… pewnego archiwum mikrobów, aby można było prześledzić ich zmiany genetyczne w czasie, co bywa niezmiernie przydatne i pozwala na ujawnienie ich słabych i mocnych stron. Po trzecie: żywe kultury są niezbędne do produkcji testów diagnostycznych, gdyż trudno byłoby ocenić ich selektywność, skuteczność oraz wykrywalność. No i po czwarte: służą do prac nad bronią biologiczną.

Pałeczki dżumy są zaklasyfikowane do grupy A środków o potencjale bioterrorystycznym, co oznacza, iż są nieodzownie związane z wysoką śmiertelnością i bardzo dużym zagrożeniem dla zdrowia publicznego oraz cywili. Zresztą grupa A łączy same „ananasy” – niezwykle zakaźną pałeczkę tularemii (Francisella tularensis); słynną już laseczką wąglika (Bacillus anthracis); wirusy rodzaju Variola (ospę); filowirusy: Ebolę i Marburg oraz mniej znane buniawirusy, powodujące między innymi gorączkę Doliny Rift czy krwotoczną gorączkę krymsko-kongijską.

Nad bardziej praktycznym – bo bojowym – wykorzystaniem dżumy, intensywnie pracowali Japończycy, którzy zrzucali z samolotów zakażone pchły i skażony ryż na chińskie miasta, licząc na wybuch epidemii formy dymieniczej. Obecnie rozważa się raczej wykorzystanie aerozolu, licząc na to, iż spowoduje to rozwinięcie się znacznie groźniejszej formy płucnej – ta łatwo przenosi się pomiędzy ludźmi drogą kropelkową. Kiedyś oszacowano, iż rozpylenie materiału zawierającego 50 kg bakterii Yersinia pestis nad pięciomilionowym miastem, wywoła dżumę u przynajmniej 150 tysięcy osób. Warto pamiętać, że forma płucna rozwija się znacznie szybciej niż forma dymienicza, a ponadto jest wysoce zaraźliwa.

Rzecz jasna to nie jest tak, że rozpylamy sobie dżumę nad miastem i wszystko gra. Pałeczki Yersinia pestis są dość nietrwałe i giną pod wpływem dużych wahań temperatur albo dłuższej ekspozycji na światło słoneczne: raczej nie przetrwają w powietrzu dłużej niż godzinę, zwłaszcza przy ładnej pogodzie. Niemniej czas służy dżumie: w organizmie forma płucna rozwija się szybko, bo w kilkanaście godzin, zaś identyfikacja – nawet nowoczesnymi metodami PCR – nieco zajmuje. W przypadku możliwego kontaktu z Yersinia pestis, odzież należy zdjąć i zabezpieczyć; ciało umyć za pomocą wody i mydła, a otoczenie odkazić środkiem bakteriobójczym lub 0,5% roztworem podchlorynu sodu. W warunkach domowych takowy można sporządzić rozcieńczając preparat ACE (albo równoważny) z przegotowaną wodą w stosunku 1:9 (1:8 gdy preparat był dłużej otwarty lub mamy wątpliwości względem jego „mocy”). Konieczna jest izolacja lub samoizolacja, aczkolwiek nie musi być ona bardzo rygorystyczna, pod warunkiem, że mamy środki ochrony osobistej, a przede wszystkim maseczki – wystarczające mogą być już maseczki chirurgiczne. Antybiotykoterapię należy włączyć jak najszybciej, najlepiej w ciągu 24 godzin od wystąpienia pierwszych objawów.

Choć zaleca się podawanie leków drogą pozajelitową, w sytuacjach kryzysowych, szczególnie przy braku odpowiednich medykamentów, można rozważyć trwającą dłużej terapię doustną – tutaj odpowiednia będzie lewofloksacyna, ciprofloksacyna albo doksycyklina. Przez pierwszą dobę od rozpoczęcia leczenia, należy uważnie monitorować wszystkich chorych, gdyż może wystąpić zespół wstrząsu toksycznego na skutek gwałtownego uwolnienia toksyn z obumarłych bakterii. Brak poprawy w ciągu 72 godzin wskazuje na zakażenie szczepem odpornym na klasyczne antybiotyki w leczeniu dżumy, a takie są – niestety – znane i istniejące, głównie dzięki bakteriologom ze Związku Radzieckiego. Niestety, w tym przypadku rokowania są bardzo złe. Oby ta zaraza nie wylazła poza Irkuck!

Czy obserwujesz mnie na Facebooku?

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *