ZIOŁOLECZNICTWO, GALENIKA I MEDYCYNA NATURALNA

Winobluszcz nie taki niewinny

Jesień urzeka nas prawdziwą feerią barw. Zieleń powoli ustępuje najróżniejszym odcieniom czerwieni, pomarańczy i żółci, ciesząc nas pstrokatą mozaiką autorstwa samej Natury.

Niekiedy łapczywie wyciągamy ręce po gałązki i listki, chcąc przenieść ich kolory do naszych domów i mieszkań, lecz musimy baczyć, po co sięgamy: wcale niełatwo o niespodziewane problemy! Osobiście uważam, że w październiku wyjątkowo dekoracyjne stają się liście rozmaitych winobluszczów (Parthenocissus), które nabierają intensywnych, szkarłatnych i burgundowych tonów, stając się prawdziwą ozdobą płotów i parkanów ku naszej uciesze. Ponadto rzeczywisty pożytek mają z nich ptaki, chętnie żywiące się ich ciemnymi owocami, ale z tego raczej nie bywamy zadowoleni, gdyż koniec końców brudzą samochody, tarasy oraz parapety. Coś za coś. Winobluszcze nie są rodzime dla Europy – to import z Azji i Ameryki Północnej, przy czym wyjątkowo przypadły nam do gustu taksony amerykańskie o liściach złożonych: winobluszcz pięciolistkowy (P. quinquefolia) i winobluszcz zaroślowy (P. inserta). Ich odróżnienie jest problematyczne, dlatego należy przyjrzeć się wąsom czepnym: u winobluszczu pięciolistkowego są bardzo duże czerwonawe przylgi, których nie spotkamy (lub są znacznie zredukowane) u winobluszczu zaroślowego. Rzadziej w uprawie spotkamy winobluszcz trójklapowy (P. tricuspidata), znany z Korei i Japonii, odróżniający się liśćmi pojedynczymi (prostymi) i jak sama nazwa wskazuje – często z wyraźnie widoczną trójklapowością.

Winobluszcze są wszechobecne, co w zasadzie należy traktować jako utrapienie i przekleństwo dla naszej flory, która nie może konkurować z tak nachalnymi, ekspansywnymi, sztucznie wprowadzonymi roślinami. W szczególności winobluszcze amerykańskie – przede wszystkim zaroślowy – uciekają z upraw, zarówno przez ludzki brak rozwagi albo lenistwo (pędy łatwo się ukorzeniają), jak i na skutek działania zwierząt rozsiewających ich nasiona. Są miejsca – chlubiące się swoją rzekomą „zielarskością i naturalnością” – całkowicie porośnięte, skolonizowane i zajęte przez obcy i zbędny winobluszcz, który zagłusza wzrost innych roślin nie tylko fizycznie (nieprzepuszczalna bariera + deformacja ciężkimi pędami), ale również chemicznie, na skutek wydzielania związków o działaniu allelopatycznym negatywnym. U ogrodników dopuszczających do takiego zaniedbania, nigdy nie wyrośnie nic dobrego.

Rodzaj Parthenocissus nie jest obojętny ludzkiemu zdrowiu, choć częściej będziemy wskazywali wady niżby zalety. Zrywane i wyrywane winobluszcze uwalniają sok, który bywa szkodliwy dla nieosłoniętej skóry. Dysponujemy pewnym zbiorem przypadków klinicznych opisujących rozwój kontaktowego zapalenia skóry po nazbyt frywolnym kontakcie z tymi roślinami – mają one całkiem spory potencjał do wywoływania fitodermatoz.

W czasopiśmie Cureus w 2025 roku opisano przypadek 54-letniej lekarki, u której wystąpiła swędząca, pęcherzykowata wysypka, układająca się w kształt linii – wyprysk pojawił się na twarzy (czoło, wargi, nos), szyi i ramionach. Wywiad ujawnił, iż pacjentka dwa dni wcześniej usuwała pędy winobluszczu porastającego drzewo. Początkowo zmiany skórne wzięła za rany po komarach, lecz z upływem czasu nasiliły się i przybrały specyficzny kształt, pozwalający odróżnić je od zmian atopowych (proste, liniowe zaczerwienienia). Włączono leczenie wykorzystujące przeciwzapalne kortykosteroidy, przeciwświądową difenhydraminę oraz przeciwbólowy ibuprofen. Miejsca objęte wypryskiem smarowano czystą wazeliną, co miało zapobiegać kolejnym podrażnieniem. Rumień i świąd zanikły w ciągu kolejnych kilku dni.

Na bardzo podobną sytuację wskazano kilka lat wcześniej: 60-letnia kobieta zgłosiła się ze swędzącą wysypką, która pojawiła się cztery dni wcześniej i objęła początkowo klatkę piersiową wraz z ramionami, a następnie rozprzestrzeniła się po całym ciele. W tym przypadku zmiany były intensywniejsze, bo wystąpiło sączenie się oraz formowanie strupów, wraz z silnym obrzękiem i uczuciem pieczenia. Rozmowa ujawniła, iż na kilka godzin przed pierwszymi objawami, pacjentka usuwała z ogrodu pięciolistkowy chwast, który później zidentyfikowano (dzięki zdjęciom) jako jeden z gatunków winobluszczu. W leczeniu także zastosowano silne kortykosteroidy, przez co uzyskano znaczną poprawę w ciągu dwóch tygodni.

Chcąc zastosować czysto roślinne metody łagodzenia zmian po winobluszczu, należałoby rozważyć preparaty miejscowe zawierające przetwory z aloesu, nagietka, lukrecji, rumianku, lawendy, mięty, oczaru wiesiołka albo lnu – asortyment jest całkiem spory. Główna zasada: nie za dużo – rozmaitość związków czynnych może nasilić zmiany, dlatego warto trzymać się specyfików znanych i wypróbowanych, o których wiemy, że nam nie powinny zaszkodzić. Konkretne receptury: to już temat na zupełnie inny artykuł…

Czy obserwujesz mnie na Facebooku?

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *