16 kwietnia indyjska administracja wydała zarządzenia zakazujące użytkowania liści witanii ospałej (Withania somnifera), czyli ashwagandhy.
W 2021 roku AYUSH (Ministerstwo ds. Medycyny Tradycyjnej) zaleciło podmiotom zajmującym się produkcją i dystrybucją środków ajurwedyjskich, aby nie wykorzystywały liści ashwagandhy w postaci świeżej, suszonej lub jakiejkolwiek innej przetworzonej. Ponieważ zjawisko to nadal występowało, a wręcz nawet się nasiliło, AYUSH w kwietniu oficjalnie zadeklarowało, że:
- uznanym surowcem zielarskim są korzenie witanii ospałej, a nie jej liście
- źródła naukowe oraz badania wyraźnie podkreślają korzyści zdrowotne (i lecznicze) wynikające z przyjmowania preparatów lub przetworów wykonanych z korzeni
- liście odznaczają się wysokim poziomem reaktywnych witanolidów, zwłaszcza witaferyny A, co budzi wątpliwości związane z ich bezpieczeństwem dla użytkownika/pacjenta
- w związku z tym obecność liści ashwagandhy w medykamentach ajurwedyjskich jest surowo zabroniona
- próby ukrycia ich obecności poprzez manipulację składem przez pominięcie zwrotu „liść/ziele” będą karane zgodnie z obowiązującym prawem
Urząd ds. Jakości i Bezpieczeństwa Żywności (FSSAI) dodatkowo rozszerzyło postanowienia AYUSH o suplementy diety, nutraceutyki oraz żywność o przeznaczeniu specjalnym lub funkcjonalnym. Inaczej mówiąc: ban na (prawie) wszystko.
Dlaczego zdecydowano się na tak odważny krok? W ostatnim czasie znaczenie witanii ospałej w medycynie naturalnej wzrosło niepomiernie, zaś Indie są praktycznie jedynym (>95% podaży) producentem tej rośliny. Niedawno sam premier Narendra Modi wziął udział w prezentacji nowego znaczka pocztowego, na którym przedstawiono właśnie ashwagandhę i osobiście zadeklarował swoje głębokie poparcie dla medycyny tradycyjnej. Zdarzają się sytuacje – wcale nierzadkie – że nieuczciwi dostawcy sprzedają ekstrakty z liści jako wyciągi z korzeni, bądź ich tańsze zamienniki, co uderza w mozolnie budowany wizerunek kraju wiarygodnego i pewnego partnera handlowego. Z kolei niektórzy producenci (i krajowi i zagraniczni…) używają tychże do podwyższenia sumy witanolidów w swoich wyrobach, przez co mogą chwalić się procentami i stężeniami w materiałach reklamowych. Rządowy zakaz ma na celu likwidację obrotu częściami zielonymi ashwagandhy, co jest próbą utrzymania renomy i jakości ziołowych przetworów made in India.
Jak zawsze są dwie strony medalu. Część firm podkreśla, że są badania – i to liczne – potwierdzające korzystne właściwości liści/ziela, przez co nie należy zamykać tej szansy rozwoju, a w obrocie już istnieją markowe ekstrakty z liści. Zakaz ma uderzać zwłaszcza w rolników, którzy dodatkowo zarabiają na sprzedaży liści, których plon jest wyższy niż korzeni. Ponadto dane toksykologiczne dotyczące witaferyny A dotyczą substancji czystej, natomiast wyizolowany kompleks w analizach zachowuje się zupełnie inaczej.
Witaferyna A to lakton steroidowy C-28 (28 atomów węgla) o budowie hormonopodobnej. Wykazuje bardzo dużą reaktywność, co jest pokłosiem występowania grupy ketonowej (C=O), struktury epoksydowej (pierścień C-O-C, a więc formalnie to eter cykliczny) oraz pobliskiego wiązania nienasyconego. Strona rządowa podkreśla, iż witaferyna A to cząsteczka wciąż słabo poznana, która może wykazywać szkodliwy wpływ na wątrobę. Testy laboratoryjne przeprowadzone w 2012 roku wskazały, że ma silne działanie cytotoksyczne, lecz niszczy zarówno komórki chore, jak i zdrowe – to właśnie to badanie było przytaczane jako główny argument negatywny.
Cóż, według mnie rząd Indii w sposób cokolwiek dramatyczny próbuje walczyć z fałszerstwami ashwagandhy. Wyeliminowanie głównego źródła problemu faktycznie może pomóc, ale czy to nie będzie wylanie dziecka z kąpielą? Pożyjemy – zobaczymy.
Czy obserwujesz mnie na Facebooku?


Dodaj komentarz