ZIOŁOLECZNICTWO, GALENIKA I MEDYCYNA NATURALNA

Jak magicznie wykończyć sąsiada?

Choć Zygwultowie i Hańscy byli bardzo bliskimi sąsiadami, to ich relacja wcale nie była serdeczna, przyjazna, ani nawet neutralna

Przypominała raczej słynny spór Rejenta Milczka i Cześnika Raptusiewicza, gdzie próbowano zaszkodzić drugiej stronie na wszelkie możliwe sposoby. Ogromny ładunek nienawiści, złości i zawiści, podszyty pieniędzmi, magią ludową i zastępami wiejskich czarownic, znalazł finał przed Trybunałem Koronnym w Lublinie, o czym wiemy z zapisków sądowych z 1739 roku.

Stosunki pomiędzy tymi dwoma rodami musiały być od dawna napięte, a zgodnie z ogólnym przesłaniem treści zachowanych dokumentów, to raczej Zygwultowie inicjowali kolejne utarczki, licząc na przejęcie dochodów z dzierżawy ziem wsi Pliszczyn, o którą zaciekle rywalizowali z Hańskimi i innymi ważnymi rodzinami. Z pewnością byli nietuzinkowi w swoich działaniach, wyraźnie odróżniając się od szlacheckiej braci. Boga w sercu raczej nie mieli, gdyż sprzedawali do klasztoru w Pińsku kiepski nastaw na jabłkach, gruszkach i rodzynkach oraz taniej gorzałce, co było opisywane przez świadków zeznających przed Trybunałem jako „szkodliwa działalność”.

Zgodnie twierdzili, że Zygwultowie woleli towarzystwo rozmaitych znachorów – jeden nawet odnalazł dla nich skarb, ale aby go dostać musieli zaprzedać diabłu swoje dusze oraz pokonać niesamowite „fantazma” broniące kosztowności. Pomimo wysokiego statusu społecznego, Zygwultowie preferowali towarzystwo prostych „Bab-Czarownic”, a one na osobiste zlecenie Jaśniepaństwa wykonywały rozmaite gusła i czary, tym samym zamieniając rodzinne włości w ośrodek czarnej magii. Ponad wszystkie inne wywyższali niejaką Zośkę z Czyżówki, uczącą ich jak warzyć w glinianych garnkach tajemnicze magiczne ingrediencje, podobno niebywale skuteczne. Wysoko cenili babę z Taszek, najwyraźniej siedzącą tam na etacie („u Ichmość Panów Zygwultów wiele Czarów robiła”), która indykom urzynała głowy i gotowała je, a magiczny odwar w złej intencji wylewała na rozstajne drogi oraz pod cudze budynki. Jeszcze inna czarownica służąca Zygwultom – Effrozyna – miała sprowadzić na siedmioletniego syna Hańskich nocne widzenia szatanów, powtarzające się codziennie przez cały rok. Sama Pani Zygwułtowa lubiła sobie poczarować, bo kiedyś zdradziła się, mówiąc:

Siostreńko powiedziałabym ci jeszcze jedną rzecz, ale boję się, bo to gardłem pachnie.

Zapiski sądowe rozpoczynają się w 1737 roku i koncentrują się na wydarzeniach snutych wokół dzierżawy ziem wsi Pliszczyn, wznawianej co trzy lata. Do tej pory gruntami dysponowali Hańscy, ale Zygwultowie bardzo chcieli przejąć te ziemie, a żądza posiadania jeszcze bardziej zdeprawowała ich charaktery. Raptowność starego Zygwulta ukazuje anegdota o tym, jak zginął mu jeden czerwony złoty – moneta o niemałej wartości. Senior rodu kazał włożyć pod makutrę starego koguta (czyżby za inspiracją wiejskiej szeptuchy) i pod bronią palną kazał klęczeć i przysięgać wszystkim naokoło, że to nie oni są złodziejami. Takie skandaliczne wymuszenie wywołało zgorszenie w oczach lokalnej społeczności i gdy niedługo potem zmarł jeden z synów Zygwulta, powszechnie łączono śmierć z tym zdarzeniem. Stary Zygwult kazał wyrąbać z trumny własnego syna trzy razy po dziewięć drzazg, które zakopano na gruntach, rozstajach, przy drogach i płotach osób, z którymi akurat rodzina wojowała: Teresy Lizowskiej, państwa Hańskich oraz państwa Zasławskich. Takie patyczki miały odznaczać się niezwykłą mocą sprowadzania wszelakich nieszczęść na ludzi, inwentarz oraz dobytek. W trakcie przewodu sądowego komisyjnie odkopano i usunięto patyczki, pod nadzorem świadków oraz woźnego Trybunału.

Chcąc wzmocnić działanie podłożonych trumiennych patyczków, Zygwultowie złapali trzy myszy do worka, który następnie zawiesili w kominie. Po pewnym czasie suche truchła utarli na proszek – posypali sobie nim głowy przed sprawą o przyznanie dzierżawy Pliszczyna. Zauważył to ich syn – Ignacy – który zapytał ojca: „Mości Dobrodzieju, jeszcze nie popielec, a Waszeć głowy posypujesz”, na co usłyszał: „Milcz ty, co tobie do tego!”. Zygwultowie przebili Hańskich i uzyskali dzierżawę, ale wraz z upływem czasu nabierali wątpliwości do tego, czy ponownie ją otrzymają. Dlatego postanowili działać i wykorzystać zastępy „Bab-Czarownic” do definitywnego wykończenia swoich największych konkurentów – Hańskich. Nawet na śmierć.

Gdy Hańscy zaczęli rozbudowywać i unowocześniać swoje gospodarstwo, stary Zygwult jawnie i głośno odgrażał się:

Patrzaj, jak się już to Pogaństwo buduje, ale gdyby mi i duszę Diabłu oddać, ażeby ich wykorzenić, trzeba się poradzić Pani Draczewskiej, to jest guślicy, bo jej nikt kto tylko ważył nic wskurać nie mógł.

Hańscy rozpoczęli Wielki Czwartek w zupełnie niewesołych okolicznościach. Jakieś nieczyste siły napadły w nocy na ich gospodarstwo: drzwi pozdejmowano z zawiasów i wrzucono w błoto, narzędzia gospodarskie poniszczono, a ciężkie sochy powywracano. Zygwult głośno śmiał się: „Patrzaj jak Hańskim diabły powywracali”, ale rzekome szatany wcale nie obawiały się krzyża przy oborze, a świadkowie przed Trybunałem raczej upatrywali świadomego działania służby sąsiada oraz przemożnej inspiracji „Bab-Czarownic”. Niedługo potem Zygwult kazał przywieźć do siebie Babę Soskę, czyli Marynę Pauszniczkę, na lewe oko ślepą czarownicę, podobno mistrzowsko znającą się na gusłach i czarach. Ta w nocy rozstawiała miski z wodą, próbując przyciągnąć złe siły, spętać je i wysłać do Hańskich na szkodę. Podobno o północy przyszedł duży czarny pies, pochłeptał wodę i zniknął nie wiadomo gdzie – to widoma oznaka złych sił. W końcu Soska uradziła, aby zakopać pod drzwiami Hańskich:

„kłódkę, jaja, zaporzek i grzebień”, a to są czary na to, żeby „… Ichmościów Hańskich wykorzeniło, zboże na polu nie rodziło, […] Imości Panu Hańskiemu na tył wywlekło, oczy wywróciło, nogi i ręce wyłomało…

Pomimo całych zastępów wiejskich czarownic, Zygwult postanowił wesprzeć je tatarską magią. Wezwał do siebie służącą i nakazał jej wyjechać – pod wielką tajemnicą – do Konstantynowa do syna zmarłego tatarskiego mułły, rzekomo niezwykłego czarownika biegłego w swym fachu, aby „nasłał na Hańskich Diabłów, żeby ich męczyli, dręczyli”. Przestraszona służąca wymawiała się od tego zadania, twierdząc, że Diabły ją zdradzą i wszystko wyjdzie na jaw.

Jak skończyła się cała sprawa – o tym pozostałe dokumenty milczą. Ale dobrze ukazuje, jak wielką niechęcią potrafiliśmy obdarzyć swoich sąsiadów już 300 lat temu. I nie odpuszczaliśmy drobnych złośliwości nawet w Wielki Czwartek.

Czy obserwujesz mnie na Facebooku?

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *