ZIOŁOLECZNICTWO, GALENIKA I MEDYCYNA NATURALNA

Moja opinia o strofantynie

Nie mogłem nie zauważyć, iż w minionych latach zaczęło pojawiać się nieproporcjonalnie dużo zapytań i wpisów poświęconych strofantynie.

Już wtedy należało uznać to za co najmniej dziwne, gdyż substancja ta w zasadzie nie znajduje się w Polsce obrocie innym niż rynek homeopatyczny, co wynika z na regulacji prawnych i realiów lecznictwa. Również zakres terapeutyczny tego glikozydu jest bardzo wąski, bo skoncentrowany na mięśniu sercowym i układzie krążenia, więc nie jest czymś „codziennym”, tak jak surowce witaminowe albo adaptogeny.

Całkiem niedawno pojawiło się polskie wydanie książki Michaela Iatroudakisa pt. „Strofantyna”, co mnie osobiście zaskoczyło nie tyle z uwagi na niesamowitą produktywność Iatroudakisa (tempo Remigiusza Mróza – 113 książek), czy różnorodność tematów dotychczasowych publikacji (treningi i ćwiczenia, dieta paleo, moringa, oliwa magnezowa, lit, astaksantyna oraz dziesiątki innych zagadnień), co kompletny brak funkcjonowania autora – podobno wziętego trenera fitness i naturopaty – w przestrzeni internetowej (jest znany z jednego, rozmytego zdjęcia), jak i niezwykłą niszowość, wręcz farmaceutyczność tematu.

Prawdopodobnie Michael Iatroudakis – jeżeli faktycznie istnieje – ma nadać „twarz i nazwisko” zespołowi generującemu trendy, kreującemu popyt na jakiś produkt, nadać temu jakieś podstawy, fundamenty wiarygodności. W świecie medycyny naturalnej to codzienna (choć nienormalna) praktyka wzbudzania zainteresowania jakimś wyrobem, rośliną czy praktyką. Ale o ile w Niemczech – skąd zdaje się wywodzić Iatroudakis – strofantyna jest dostępna w aptekach, o tyle w Polsce jest niemalże nieznana, a na rynku jej praktycznie nie ma – po co drukować o niej książki, skoro nie ma jak legalnie zaspokoić popytu? Handel próżni nie lubi: już wpadły mi w oko polskie sklepy ze strofantyną, lecz nie ma w nich produktów (przynajmniej jawnie), a sami sprzedający kamuflują tożsamość w regulaminie wiedząc o bezprawności swoich działań. Bez wątpienia to grunt pod wprowadzenie strofantyny pod strzechy, tak jak to było z przetworami z muchomora czerwonego – zanim nastąpi czyjakolwiek reakcja, duże zyski na fali popularności popłyną do odpowiednich kieszeni. Już można nabyć krople strofantynowe na drodze pokątnego handlu na Facebooku czy Allegro (400-500 zł za 100 ml domowo rozlewanego płynu, z Bóg wie z czym tak naprawdę w środku), co wskazuje na stale rosnący popyt. Dlatego myślę, że warto pochylić się nad tym związkiem, przybliżyć jego historię, zalety oraz wady. I każdy sam podejmie decyzję. Mam nadzieję… rozsądną.

Ze strofantyną – oczywiście jeszcze w formie surowego przetworu roślinnego – jako pierwsi zapoznali się (niekiedy nawet zbyt blisko) w XV i XVI wieku Portugalczycy eksplorujący wybrzeża Afryki. Miejscowi autochtoni często mieli wiele „przeciwko” takim nieproszonym wizytom, więc aby mieć pewność, iż goście nie pojawią się ponownie, maczali groty strzał w wyciągu z drewna, kory i korzeni Acokanthera schimperi (akokantery) – niewielkiego drzewa spotykanego w Afryce Wschodniej i Centralnej. Taki płyn dzięki obfitości glikozydów nasercowych – w tym właśnie strofantyny – przedostających się wprost do krwioobiegu, stawał się całkiem skuteczną trucizną, zwiększającą efektywność i tak już bardzo groźnej, choć prymitywnej broni. Istnieje nawet taka myszka, gryzoń – grzywak afrykański – który żyjąc na okazach Acokanthera i ocierając się o ich gałązki, nasyca swoje futro toksynami, stając się całkiem niebezpiecznym (i niezjadliwym) przeciwnikiem dla potencjalnych drapieżników. Natura bywa niesamowita.

Ponad trzysta lat później, zatrute strzały plemion Ajawa i Manganja wzbudziły zainteresowanie doktora Johna Kirka, członka ekspedycji słynnego szkockiego podróżnika i misjonarza Davida Livingstone’a, który pragnął poznać i opisać rejony rzeki Shire, dopływu Zambezi. 30 marca 1859 odnalazł opisywaną przez rozmówców 'kombe’ używaną do wyrobu trucizny – nie była to Acokanthera, lecz zupełnie inna roślina – niezwykle dekoracyjne pnącze, obecnie znane jako Strophanthus (strofant lub skrętnik) kombe. W 1861 roku przeziębiony – a pewnie i znudzony – Kirk odważył się spróbować nieco odrobiny soku z pędu, który wycisnął na swoją szczoteczkę do zębów – miał gorzki smak (choć Kirk przypisywał to wcześniej przyjętej chininie) oraz szybko zmniejszył podwyższony puls.

Kolejne badania zwiększyły naszą wiedzę o strofantach poprzez zidentyfikowanie kolejnych gatunków, w tym strofantu wdzięcznego (S. gratus), który w kolejnych dekadach został ważnym przedstawicielem tego rodzaju. W 1885 roku T. R. Fraser wyizolował z S. kombe związek nasercowy i nazwał go strofantyną. Opisując odkrycie zasugerował, że może być doskonałym substytutem naparstnicy, co spowodowało niezwykły wzrost zainteresowania strofantami oraz ich praktycznym wykorzystaniem – szybko opracowano proste leki galenowe na bazie różnych części rośliny, głównie nasion. Nie zapomniano także o akokanterze. W 1880 roku analizy somalijskiej toksyny ‘ouabaio/waabayo’ uzyskiwanej z rozmaitych drzew rodzaju Acokanthera, także wskazały na pewne podobieństwo działania trucizny do naparstnicy. W 1888 lekarz F. Arnaud wyodrębnił związek ouabainę, która okazała się być niezwykle zbliżona do substancji znanej z niektórych strofantów. Później akokanterową ouabainę i strofantynę ze strofantu wdzięcznego zaczęto nazywać strofantyną „G” (S. gratus), strofantyna z nasion S. kombe uzyskała literkę „K”, a z nasion S. hispidus została strofantyną „H”.

Na początku XX wieku eksperymentowano z nalewkami zawierającymi strofantynę jako środkami premedykującymi przed znieczuleniem chloroformem, chcąc złagodzić występującą nadpobudliwość. Później skoncentrowano się na działaniu wspierającym mięsień sercowy, zarówno przy pierwotnej, jak i długotrwałej niewydolności, a nawet przy objawach wstrząsu kardiogennego, w tym również na tle zawału i zapalenia mięśnia sercowego. Strofantyny są inhibitorami pompy sodowo-potasowej, dzięki czemu zwiększa się poziom jonów wapnia, a to przekłada się na wyższą kurczliwość, modulowanie pracy baroreceptorów oraz zwiększenie pojemności minutowej i usprawnienie pracy mięśnia sercowego. Wśród pacjentów stosujących strofantynę rzadziej pojawiały się przypadki zawałów, więc w tym aspekcie wiązano z tą substancją duże nadzieje.

Strofantyny działają bardzo szybko (pierwsze efekty już po kilku minutach), względnie dobrze rozpuszczają się w wodzie (najlepiej związek „K”), nie wykazują tendencji do kumulowania się w organizmie (jak konwalia), jak i wykazują silne działanie dożylne, wyraźnie słabsze doustne (słabo wchłaniają się z przewodu pokarmowego). Z uwagi na łatwość przekroczenia dawki jednorazowej i pewne efekty toksyczne, dawką wyjściową był 0,1 mg a maksymalną ustalono na 0,5 mg. Glikozydy strofantusa podwyższają ciśnienie tętnicze krwi w odróżnieniu od przetworów naparstnicowych, a zatem możliwość ich regularnego stosowania jest ograniczona ogólną wydolnością układu krążenia i indywidualnym stanem pacjenta.

W kolejnych dekadach dostrzeżono powinowactwo strofantyny i innych glikozydów nasercowych do ludzkich i zwierzęcych hormonów, jak i kwasów żółciowych. W latach 90. XX odkryto, iż kora nadnerczy wytwarza strofantynę G, choć w niesamowicie małych ilościach, a zatem można ją uznać za związek endogenny, a nie wyłącznie roślinny.

Dlaczego (niemal) zaprzestano stosowania strofantyny? Z pewnością decydujące były kwestie logistyczne a nie medyczne – surowce dla potrzeb przemysłu musiano importować w czasie Zimnej Wojny z dość niestabilnych krajów afrykańskich, podczas gdy naparstnicę można z powodzeniem uprawiać w Europie, w tym i w Polsce, co zapewniało (tak obecnie poszukiwaną) samowystarczalność. Również nowe generacje tanich leków nasercowych okazały się wielką konkurencją, więc nieubłagany rachunek ekonomiczny oraz zysków i strat w latach 70-80. wykreślił strofantynę (po prawdzie dostępną głównie jako zastrzyki) z powszechnego użycia, nawet pomimo potencjalnego działania przeciwzawałowego.

Nie jestem przeciwnikiem strofantyny, przetworów akokanterowych i strofantusowych – współczesna fitoterapia nie może narzekać na nadmiar środków nasercowych, więc każda „stara-nowa” cząsteczka i roślina jest cenna. Jednak dyskusja nad ich stosowaniem winna być oparta na rzetelnej dyskusji i analizie potrzeb pacjentów, a nie na taniej sensacji, przejściowej modzie oraz dyktacie pokątnych handlarzy, którzy już czekają w blokach startowych.

Czy obserwujesz mnie na Facebooku?

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *