ZIOŁOLECZNICTWO, GALENIKA I MEDYCYNA NATURALNA

O ludowej Wigilii

O ludowych tradycjach wigilijnych napisano tak wiele artykułów, że trudno wymyślić coś nowego i unikalnego w tym temacie.

Zwyczaje i wierzenia związane z tym dniem można liczyć w setkach: mnogość przesądów, koniecznych czynności i wróżb jest tak ogromna, iż zaczynamy się poważnie zastawiać, czy w ogóle zostawał czas na jakiekolwiek świętowanie przy stole albo dłuższy odpoczynek. Jeżeli założymy, iż faktycznie Wigilię celebrowano tak, jak zapisali to etnografowie, to cały dzień zamieniał się w jeden wielki zhierarchizowany magiczny rytuał – cokolwiek żmudny, bo trwający od wschodu słońca aż do wieczornej pasterki, podczas którego każdy ruch i każda czynność miała swoje symboliczne znaczenie, mogące zaważyć na losach własnych lub całego gospodarstwa i znanego otoczenia. Zanikała typowa wiejska swoboda a pojawiał się precyzyjny – choć niezapisany bo płynący z przekonania i doświadczenia pokoleń – teatralny scenariusz którego należało się drobiazgowo, wręcz kurczowo trzymać, co miało zagwarantować dostatek i dobrobyt na kolejny rok. Na polskiej wsi – często doświadczanej biedą i nieszczęściem – perspektywa spokojnego roku przeważała nad niedogodnościami wynikającymi ze spełniania tych wszystkich regułek, przestrzegania zakazów, nakazów (wielu już wtedy niezrozumiałych) oraz trudu poprawnego odegrania roli w tej swoistej ceremonii. Wszakże los docenia prawych, skromnych i posłusznych.

Kalendarz liturgiczny wiązał Wigilię Bożego Narodzenia z przodkami rodzaju ludzkiego – Adamem i Ewą. Jeżeli ktoś pożyczał pieniądze zaklinając się, że odda na świętego Adama, to raczej nie planował ich zwrotu: w tradycji ludowej nie było takiego patrona, a jedyny powszechnie czczony Adam – ten wigilijny – nie miał statusu świętego. Pogodna Wigilia miała być korzystnym prognostykiem względem nadchodzącego roku: „Wigilia jasna, święty Jan ciemny, obiecują rok przyjemny” czy „Wigilia piękna, jutrznia jasna, będzie stodoła ciasna” – takie powiedzonka krążyły pomiędzy chłopami, jak i czeladzią oraz szlachtą zagrodową. Zimna i ładna Wigilia wróżyły lekką i krótką zimę: „Gdy w dzień Adama i Ewy mróz i pięknie, zima wcześnie pęknie”.

Chcąc poznać pogodę na nadchodzący rok, gospodarz udawał się do pobliskiego lasu aby poszukać dużego świerka. Gdy go znalazł, ostrym nożem nacinał pień tak, aby zrobić dwanaście karbów, a następnie bacznie je obserwował: dla przykładu jeżeli drugie zagłębienie szybko wypełniło się żywicą to wieszczyło mokry luty, natomiast suchy szósty karb miał zapewniać równie suchy czerwiec. Dokładniejsze informacje o losach plonów dawała wigilijna wróżba z palenia ziaren. Podczas wieczerzy na żarzące się węgle kładziono po ziarenku z uprawianych zbóż: zamiana w węgiel oznaczała, iż ten gatunek nie uda się, natomiast zupełne spopielenie wskazywało na dobry, obfity rok. Oczywiście wszystko mogło się zmienić z przyczyn losowych: uginające się kłosy były bardzo podatne na wydziobywanie przez ptaki. Aby uchronić pola przed zwierzyną, wzbraniano się od picia czegokolwiek przez cały dzień – odmawiano nawet wody, zarówno dorosłym, jak i starcom oraz dzieciom. Do zastawionego stołu siadano głodnym, spragnionym oraz potarmoszonym – głowy nie czesano, gdyż grzebień w tym dniu miał przyciągać chwasty, a na kapustę sprowadzał plagę gąsienic. Grzebieniowe moratorium niekiedy rozciągano na okres aż do Nowego Roku. Zaniedbywano także piec: wzbraniano się przed omiataniem go, gdyż potem zboże miało mieć w sobie pełno śmieci i plew.

W niektórych rejonach – zwłaszcza wschodnich – za wielkie nieszczęście poczytywano sobie wypowiedzenie w tym dniu słowa „cebula”, co było dość karkołomne zważywszy na świąteczny, postny, głównie warzywny jadłospis. Nieszczęśnik mówiący o cebuli miał dostać wrzodów lub czyraków tak wielkich jak… cebula. Jeszcze tragiczniejsze w skutkach było znalezienie zeschłej lub spleśniałej cebuli gdzieś we wiadrze albo w spiżarni – jej właściciel miał szybko umrzeć i już na pewno nie doczekał kolejnych świąt. Nic dziwnego, że łaskawszym okiem spoglądano na wyraźnie mniej złowieszczy czosnek: jego główkami przystrajano rogi i brzegi stołu; karmiono nim kury aby nie dostały pypcia, a rozgniecionymi ząbkami smarowano zęby po porannej modlitwie, aby nie bolały przez resztę roku.

Zęby najwyraźniej mocno dokuczały ludowi wiejskiemu, gdyż wigilijnych remediów stomatologicznych zapisano całkiem sporo. Dzień rozpoczynano od wspomnianego czosnku, a jeżeli odbywała się przedpołudniowa msza, to idąc na nią zjadano po drodze przymrożone owoce głogu – czego nie postrzegano jako łamania postu. Podczas wieczerzy nie żałowano sobie jabłek i rzepy, które miały chronić przed bólem w ustach, aż w końcu wybierając się na pasterkę trzymano w policzku orzechy laskowe, które w kościele chowano do kieszeni, aby można było śpiewać. Wracając do domu, z powrotem wkładano je do ust, a wchodząc przez drzwi rozgryzano skorupkę – kto był w stanie to zrobić, na pewno przez resztę roku nie mógł się uskarżać na słabe zęby!

Czy obserwujesz mnie na Facebooku?

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *