ZIOŁOLECZNICTWO, GALENIKA I MEDYCYNA NATURALNA

Błogosławieństwo jodowanej soli

Raz po raz w przestrzeni internetowej pojawiają się komentarze wychwalające pod niebiosa sól niejodowaną, a jodowaną przedstawiającą jako dzieło co najmniej Antychrysta.

Oczywiście każdemu wolno żyć po swojemu, ale jeżeli próbuje się wykoleić niezwykle efektywny program profilaktyki jodowej, to muszę stanowczo zareagować i przedstawić kilka faktów o jodowaniu soli.

Zjawiskiem wola, czyli wyraźnego wydłużenia i obrzęku szyi, przybierającego niekiedy guzowaty charakter, zainteresował się Stanisław Staszic (1755-1826), będąc tym samym pierwszym Polakiem opisującym te zjawisko. Zauważył, iż dotyczy ono głównie mieszkańców Karpat, a osoby z wolem zachowują się nieco inaczej niż pozostałe (zmiany psychiczne) oraz odznaczają się słabszym zdrowiem. Oczywiście geneza powstawania wola nie była wówczas znana: powszechnie uważano, że to wina silnych, górskich wiatrów oraz niełatwego życia w tym regionie.

Dopiero w pierwszych dekadach XX wieku udało się w miarę precyzyjnie wyjaśnić mechanizm funkcjonowania tarczycy i zależności jodowej, co pozwoliło na ustalenie jasnego związku pomiędzy niedoborem jodu a występowaniem wola. Sytuację w rejonach górskich próbowano wyjaśnić tym, iż najważniejszym źródłem jodu są wody morskie: chmury tworzące się nad tymi zbiornikami wędrowały nad ląd i dostarczały tego pierwiastka wraz z opadami. Deszcze na północy kraju zużywały większość zakumulowanych zapasów jodu atmosferycznego, dlatego nad góry miały docierać niemalże jałowe chmury, co nie pozwalało na wystarczające użyźnienie gleby w ten mikroelement. Obecnie większe znaczenie przypisujemy strukturom geologicznym, które w rejonach górskich są naturalnie predysponowane do ubogości w jod.

Kwestią jodową na poważnie zaczęto się interesować w latach 30. XX wieku – wówczas sporządzono mapy częstotliwości występowania wola. Odsetek w południowej Polsce – głównie w rejonach Krakowa i Lwowa był tak duży, iż zaczęto mówić o „karpackim wolu endemicznym”, jako o sytuacji regionalnie patologicznej. Już wiedziano o tym, że niedobory jodu skutkują nie tylko wolem, ale i zaburzeniami rozwojowymi oraz zmianami w mózgu – według szacunków jeszcze sprzed II wojny światowej, na nieodwracalne uszkodzenia mózgu spowodowane brakiem jodu w rejonie karpackiego wola endemicznego miało cierpieć aż 6% populacji! Aby rozwiązać problematyczną sytuację, zdecydowano się na radykalne rozwiązanie: naśladując rozwiązania szwajcarskie, zaczęto dodawać do soli jodek potasu (KI) w dawce 5 mg na kilogram produktu. Dystrybucję ograniczono tylko do południa Polski. Pomysł jodowania soli nie był nowy – proponowano go już w połowie XIX wieku, wychodząc z założenia, że skuteczna profilaktyka jest masowa, a soli każdy.

Po II wojnie światowej do Polski dołączono Sudety, które również borykały się z problemem jodowym. Profilaktykę jodową kontynuowano od 1947 roku (5-12 mg KI/kg), ale w 1980 roku z uwagi na problemy wewnątrzkrajowe, system się załamał i zaprzestano wzbogacania soli. Otrzeźwienie przyszło dopiero po awarii elektrowni w Czarnobylu: radioaktywny izotopy mogły hulać po Polsce, a przez wstrzymanie profilaktyki jodowej na południu kraju, tarczyce mieszkańców były skłonne do absorpcji każdego rodzaju jodu, szczególnie promieniotwórczego. To było jednym z powodów wdrożenia programu ochronnego za pomocą preparatu Lugola (wybrano go bo był szybki do wykonania w dużych ilościach i łatwy do dawkowania) oraz ekspresowego przywrócenia (choć nieobowiązkowego) systemu jodowania soli w dawce 20 mg KI/kg soli gospodarczej.

Po zmianie ustroju wciąż alarmowano o problemach z jodem, a ich zasięg obejmował cały kraj: 10% powierzchni (pas nadmorski) odznaczał się niedoborem łagodnym, reszta – 90% – miała braki na poziomie umiarkowanym. Dlatego w 1997 roku Minister Zdrowia wprowadził obowiązkowy system jodowania soli przeznaczonej do bezpośredniego spożycia, z wyłączeniem soli dla produkcji i przetwórstwa żywności. Dodatkowo wprowadzano szereg mniej znanych rozwiązań – preparaty odżywcze dla niemowląt również muszą być jodowane, a ponadto rozważano dodatek jodu w paszach dla krów, aby wzbogacić w ten pierwiastek mleko krowie i przetwory nabiałowe.

Czy polski program jodowania soli zdał egzamin? Tak – na to mamy twarde liczby.

W 1992 roku oceniono częstotliwość występowania jodu w moczu w stężeniu ponad 100 µg/l (a zatem pożądaną) u dzieci w wieku szkolnym. Dla rejonu południowo-wschodniego taką sytuację odnotowano u 11,9% uczniów, w rejonie Wielkopolski-Ziemi Lubuskiej u 17%, na Mazowszu – 20%. Po 2000 roku odsetek zwiększył się o odpowiednio 20-40% (w zależności od regionu) na południu Polski, o 40% w Wielkopolsce i 33% na Mazowszu.

W Karpaczu w 1994 roku częstotliwość występowania wola u dzieci w wieku szkolnym w Rychwałdzie to 33%, w Karpaczu – 56%. W 1999 roku było to odpowiednio 8,5% i 4,8%, a zatem osiągnięto znaczącą redukcję schorzenia. Badania dorosłych w Krakowie pozwoliły wykazać spadek częstotliwości występowania wola z 26,2% w 1989 roku do 21,8% w 1999 roku.

Nie byliśmy i nie jesteśmy jedynym krajem, gdzie w powszechnym obrocie znajduje się jodowana sól. W Austrii w 1963 roku odnotowano wole aż u 40% społeczeństwa, co w tym samym roku spowodowało wprowadzenie obowiązku jodowania soli (10 mg KI/kg), co po 20 latach pozwoliło obniżyć odsetek wola u dzieci do ponad 10%. Uznano, iż to wciąż za dużo, a jodku potasu w soli jest za mało i w 1990 roku zwiększono jodowanie do 20 mg KI/kg. W 1994 roku częstotliwość wola u uczniów szkół spadła poniżej 5%.

Również w Czechach joduje się sól (27 mg KI/kg), podobnie jak w Indiach – tam nie dopuszcza się, aby sól przeznaczona do bezpośredniego spożycia miała jodu mniej niż 15 ppm (części na milion), a do celów produkcyjnych mniej niż 30 ppm.

Wiele osób liczy na to, iż wystarczającym źródłem jodu będzie sól kłodawska lub himalajska. Niestety, pomimo tego, iż w pokładach solnych czasami występuje większe stężenie naturalnego jodku magnezu i jodku potasu (ten nie różni się niczym od tego w soli jodowanej), to w ogólnym rozrachunku należy uznać je za ubogie w ten mikroelement. Nawet analizy opublikowane przez samą kopalnię soli w Kłodawie pt. „Średni skład chemiczny kłodawskiej soli kamiennej (różowej)” nie informują o obecności jodu: w tabeli zawierającej stężenie procentowe lub w mg/kg znajdziemy cynę, lit, mangan, molibden, glin, stront, bar, ale nie jod. Również polskie prace porównawcze nad solą kłodawską i himalajską doszukiwały się w obu wielu składników – ołowiu, wanadu, kadmu, itru, a nawet tzw. pierwiastków ziem rzadkich: lantanu, gadolinu, dysprozu, lutetu czy samaru, ale na liście 32 zidentyfikowanych pierwiastków (z oczywiście pomijanym sodem i chlorem), jodu nie znajdziemy – prawdopodobnie go nie ma w ogóle, albo znajduje się poniżej progu detekcji.

Czasami podnosi się kwestię obecności żelazocyjanku potasu, który faktycznie brzmi groźnie (ten cyjanek!), a jest substancją przeciwzbrylającą – nie stwierdzono zagrożenia w dawkach stosowanych w soli, a prędzej się rozchorujemy od samej soli, niż od tego związku. Swoją drogą w nasionach lnu, migdałach czy nasionach moreli również znajdziemy cyjanki – i to wielokrotnie bardziej groźniejsze, bo łatwiej uwalniające anion cyjankowy niż oporny na rozkład żelazocyjanek – a przecież zachęca się do ich obfitego spożycia.

Czy obserwujesz mnie na Facebooku?

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *