Zaskakująco wiele produktów – plastrów albo maści – ma na opakowaniu tygrysa albo nosi nazwę związaną z kotem: czy zastanawialiście się dlaczego?
To już nie te czasy, gdy można było bez skrępowania i oporów dolewać tygrysiego tłuszczu do maści, albo przywiązywać sznurkiem smażone kocięta na wrzody, więc skąd odniesienia do zwierząt? Nie każde buty sportowe to adidasy, ale społeczeństwo chętnie zaadaptowało ten skrót myślowy. Zatem „kotki i tygrysy” muszą mieć jakąś swoją 'genesis’. A ta zaczyna się w dalekim i egzotycznym Rangunie w kolonialnej Birmie.
W tymże mieście – jakże tropikalnym i ludnym – pracował Aw Chu Kin, z wykształcenia zielarz, z doświadczenia chiński emigrant. W Chinach prawie każdy zna się na ziołach, zatem to niełatwy kawałek chleba (albo garstka ryżu). Aw Chu Kin szukając szczęścia i fortuny, wyjechał gdzieś w połowie XIX wieku do Rangunu, gdzie założył swoją praktykę o nazwie „Dwór Wiecznego Pokoju”. Brzmi nieco jak umieralnia-kostnica, ale była to zielarnia i prywatna przychodnia, co – dla niektórych – jest równie strasznie. Chorych i z pieniędzmi nie brakowało: Aw Chu Kinowi powodziło się na tyle, iż mógł założyć rodzinę – spłodził dwóch synów: Boon Hawa i Boon Para. Pierwszy, określany tygrysem, uczył się zielarstwa w Chinach; drugi, leopard, pobierał nauki medyczne po angielsku w Birmie.
Aw Chu Kin zmarł w 1908 roku, a spadek przejął roztropny Boon Par, który nie przehulał go, ale zaprosił do współpracy brata, co pozwoliło połączyć siły i pomnażać majątek, choć cokolwiek niewielki. Tatuś oprócz pieniędzy zostawił również sporo recept, a jedna z nich – na pewną maść na codzienne bóle i dolegliwości – okazała się tania w produkcji i całkiem pomocna. Po drobnych poprawkach i wymyśleniu chwytliwej nazwy, Tysiąc Złotych Olejów zaczęła być sprzedawana w każdym chińskim sklepie w Rangunie. Produkt chwycił na tyle, iż postanowiono zmienić nazwę na prostszą, jednocześnie ją zastrzegając wraz z charakterystycznym obrazkiem tygrysa: tak powstała Maść Tygrysia. Bracia Boon dość szybko stali się majętni, co było solą w oku Brytyjczyków, dlatego podjęli decyzję o przeniesieniu biznesów do Singapuru, miasta portowego. Wybudowano tam fabrykę, której głównym produktem była właśnie maść „z kotkiem”.
Bracia Boon zaczęli dywersyfikować wpływy – jeszcze przed II wojną światową otworzyli wspaniałe ogrody Tiger Balm Gardens, później stali się właścicielami dziennika i banku. W kolejnych latach firma przechodziła wzloty i upadki, ale obecnie – jako Haw Par – jest notowana na giełdzie a jej kapitalizacja wynosi 2,1 miliarda dolarów. A zaczęło się od zielarza-imigranta.
Maść tygrysią prawdopodobnie ukręci nawet małpa jeżeli miałaby do dyspozycji wszystkie utensylia i składniki – to nie jest trudna receptura, choć wymaga stopienia części składników. Formulacja występuje w dwóch podstawowych wersjach: białej do łagodzenia bólów głowy i czerwonej, silniej rozgrzewająca. Obydwie mają bazy wazelinowo-parafinowe, a ich składnikami czynnymi są te same olejki eteryczne lub związki w nich występujące, choć w różnych proporcjach: olejek kajeputowy i goździkowy oraz kamfora i lewomentol. Czerwony „kotek” ma ponadto dodatek silnego olejku cynamonowego oraz miętowego pozbawionego mentolu.
Kopii, substytutów i podróbek namnożyło się, gdyż „kotek” stał się synonimem działania i efektywności – ale dla mnie jest także szczytem prostoty i zielarskiej elegancji.
Czy obserwujesz mnie na Facebooku?


Dodaj komentarz