Kwestia aborcji i antykoncepcji awaryjnej rozpala scenę polityczną oraz nastroje społeczne po obu stronach.
Nie wybiegałbym jednak z hasłami o średniowieczu, a przynajmniej nie formułowałbym aż tak odważnych stwierdzeń odnośnie zupełnej opresyjności przeszłości.
Dawne czasy były znacznie bardziej… pragmatyczne. Dobrym podsumowaniem byłaby fraza „przypadki chodzą po ludziach”, gdyż tak właśnie podchodzono do tematu niechcianych ciąż, względem których nasza medycyna ludowa miała swoje sposoby, liczne i przeróżne. Oczywiście kwestie religijne rozjeżdżały się z oczekiwaniami i potrzebami społecznymi, ale dopóki wiernych przybywało, rachunki były na plus, a z działalnością się krygowano, to starano się nie akcentować sprawy poza najjaskrawszymi przypadkami. Będzie to odważną opinią, ale dopiero umasowienie druku i polityki wywołało niekończącą się, już wielowiekową dysputę, która zaburzyła status quo.
Bodaj na całym świecie, również na ziemiach polskich, niezwykle chętnie polecano kobietom oddawanie moczu po stosunku, co miało wypłukać męskie nasienie, a tym samym nie dopuścić do poczęcia. Oczywiście anatomicznie nie jest to do obrony, choć istotnie zmniejsza ryzyko wystąpienia infekcji dróg moczowych.
W rejonie Kielc na płynącą wodę rzucano mały skrzep krwi połogowej, który symbolizował potencjalne przyszłe dziecko. Robiono to w prastarym magicznym przekonaniu, że co rzucono na wodę, to już się do nas nie wraca. Na Białorusi mydliny po praniu skrwawionej po porodzie bielizny wylewano do studni, albo na gorący piec, co miało zatrzymać kobiece siły rozrodcze. Podobnie czyniono na Ukrainie, ale tam przy wylewaniu wody na rozpalone kamienie, miano słyszeć nie tylko szum pary, ale również krzyk i płacze dzieci, które już się nie urodzą.
Równie chętnie wykorzystywano świeżą krew kobiecą, utoczoną bez ciąży i porodu, w praktykach „profilaktycznych”. Niekiedy zamieniano ją na równie czerwone korale, zwłaszcza ślubne, które utłuczone pito z wódką, aby nie mieć dzieci w tym małżeństwie. Zamożne dziewczęta kupowały na targu płaską perłę – łykano ją w całości, co miało działać poronnie.
Jan Chryzostom Pasek w swoich pamiętnikach zapisał w 1667 roku:
Bo uczyniono jej [żonie Paska] (taka była fama), żeby więcej nie miała potomstwa; znajdowaliśmy w łóżku różne rzeczy i ja sam znalazłem spróchniałych sztuk kilka z trumny.
Elementy ciała ludzkiego lub sprzętów pogrzebowych cieszyły się dużym wzięciem, jako gwarantowane środki na spędzenie płodu i przeciwko poczęciu. Wierzono w ostatnią iskierkę życia i siły witalnej, którą można było wykorzystać do naszych potrzeb.
Oczywiście to tylko nieliczne ciekawostki, przypadki jednostkowe – zazwyczaj środkiem służącym do spędzenia płodu była… praca. Ciężka, ponad siły, wyniszczająca. Rzecz jasna uciekano się także do ziół – zeznania Hanny Czelczonki, oskarżonej w 1616 roku o czary, wskazują rośliny wykorzystywane w tym celu:
Zielam dawała dziewicom, psując płód, żeby dzieci nie rodziły […] dałam limoizy [roślina nieznana], maruny białej, siemienia marchwianego i czerwonej róży; tem też zepsuję płód, komu chcę.
Chętnie sięgano po sawinę, czyli jałowiec sabiński; widłaka; pokrzyk wilczą jagodę oraz rutę – ta ostatnia była uważana za niezwykle skuteczną, również wobec mężczyzn, którzy mieli tracić zdolności reprodukcyjne. Jeżeli i zioła nie działały, pito duże ilości wody z mydłem – wraz z treścią jelitową, miał znikać także i płód.
Czy obserwujesz mnie na Facebooku?


Dodaj komentarz