Lektura niemieckich czasopism ogrodniczych z czasów II wojny światowej jest naprawdę fascynująca.
W 1940 i 1941 roku zachęcano do zwiększonego sięgania po żywność z lasów, miedz i łąk, ale absolutnie tego nie łączono z wysiłkiem wojennym – to byłby defetyzm za który można było pójść pod sąd. Zamiast tego autorzy artykułów wciskali Czytelnikom bałamutne dane o witaminach w kurdybanku i stokrotkach, strasząc masowym osłabieniem wynikającym z niedoborów kwasu askorbinowego, które mogło negatywnie wpłynąć na zdrowie narodu. Nie sądzę, aby przyniosło to oczekiwane skutki – nawet nierozsądne, zaangażowane ideologicznie niemieckie matki nie karmiłby swoich dzieci tak usilnie promowanymi żytnimi kanapkami z masłem i gorzkim krwawnikiem.
Uderzano również w nuty tradycji, wychwalając wiejskie żywienie rzekomo obfitujące w zioła rosnące na każdym trawniku. Łechtano nuty oszczędnościowe podkreślając, że każdy gram łąkowej zieleniny w garnku to gram niezdrowego, drogiego tłuszczu mniej i jeden wek warzyw na zimę więcej. A że promowano dania jednogarnkowe z mięsem, to domownicy mieli nie wyczuwać różnicy, czy wewnątrz znajduje por, gwiazdnica czy pokrzywa.
Kolejne lata przynosiły niepowodzenia na wszystkich frontach, a zatem także i pustki w spiżarniach. Publikowano bardzo ekstrawaganckie przepisy, które miały substytuować dawno niewidziane składniki, dania i napoje, najczęściej z dość miernymi efektami. W 1944 roku zachęcano coraz mniej zwycięskich Niemców do większego zainteresowania się brukwią, którą można było podać głodnej rodzinie na pierwsze (zupa), drugie (zapiekana), a nawet – w chwili desperacji – na trzecie kompot.
Jeżeli komuś brukiew nie była w smak, w ramach promowania żywności łąkowej, zachęcano do zupy z liści babki. Roślina ta miała tę niebagatelną zaletę, iż była już dostępna na przednówku, dostarczając tak pożądanych przez Rzeszę witamin.
200 g drobno posiekanych liści podsmażyć na 20 g tłuszczu [oleje stały się rzadkością, smalec zresztą też] i zalać litrem gorącego bulionu. 30-40 g mąki zmieszać ze 125 ml mleka i wlać do zupy, doprawić szczyptą soli, podawać gorącą.
W 1944 roku dostępność przypraw była tematem niezwykle drażliwym, albowiem zniknęły w podobnych okolicznościach co „tłuszcze”. Chcąc zjeść coś… bardziej stałego, można było sięgnąć po pudding jaglany z pokrzyw, zazwyczaj gotowany niczym puddingi angielskie w formach typowych dla bab wielkanocnych.
300 g prosa (kaszy jaglanej), 1 litr rosołu albo bulionu, 2 łyżeczki substytutu żółtka (proszku jajecznego?) [już majaczył koniec wojny skoro skończyły się jajka], łyżka sera (jeżeli jest) lub płatków drożdżowych, łyżka kminku, łyżeczka soli, 200 g młodych, posiekanych liści pokrzywy.
Bulion doprowadzić do wrzenia, wrzucić kaszę i gotować 10 minut, odstawić do lekkiego ostygnięcia. Dodać wszystkie składniki, wymieszać, napełnić przesmarowaną i wysypaną bułką tartą formę, gotować aż się mocno zetnie. Podawać z sosem pomidorowym.
Na pewno miłą i zdrową odmianą była rolada ziemniaczana nadziewana szpinakiem, choć jego rolę – w przypadku spodziewanej niedostępności – mogły odgrywać najróżniejsze ugotowane zioła i chwasty przydomowe.
Ciasto: 750 g ziemniaków, 30 g tłuszczu, 2 łyżki mąki ziemniaczanej, 1 łyżeczkę kminku, jajko lub zamiennik jajka oraz mąki pszennej tyle, aby ciasto dało się rozwałkować.
Nadzienie: 750 g szpinaku, 1 cebula lub por, 40 g mąki, łyżeczka soli, płatki drożdżowe, rozrobiony zamiennik jajka do posmarowania.
Ziemniaki ugotować w mundurkach, obrać, rozgnieść i zmieszać z resztą składników na ciasto. Zagnieść i rozwałkować na stolnicy posypanej mąką tak, aby uzyskać placek gruby na centymetr. Ugotowany szpinak posiekać lub przepuścić przez maszynkę do mięsa, wymieszać z podsmażonymi warzywami. Rozłożyć na cieście, zawinąć, ułożyć na natłuszczonej blasze, posmarować substytutem jajka i posypać płatkami drożdżowymi. Piec 30-40 minut. Podawać z sosem pomidorowym.
Kryzysowy kompot z 1944 roku:
1 kg brukwi, 300 g cukru lub kilka pastylek sacharyny, 2 łyżki octu, aromat cytrynowy, kilka goździków (jeżeli są), nieco esencji imbirowej.
Brukiew obieramy i kroimy w słupki. Zalewamy wodą, doprowadzamy do wrzenia. Dodajemy wszystkie składniki, gotujemy. Kompot smakuje lepiej, gdy odstoi kilka dni i nasyci się sokiem brukwiowym.
Czy obserwujesz mnie na Facebooku?


Dodaj komentarz