ZIOŁOLECZNICTWO, GALENIKA I MEDYCYNA NATURALNA

Kompania Oleju Bukowego

Uwielbiam spacery po lesie. To świetne miejsce, aby odetchnąć, naładować baterie i uporządkować rozbiegane myśli.

Im dłużej wędrujemy pomiędzy drzewami, tym stajemy się bardziej odporni na drobne uszczypliwości natury – kleszcza spacerującego po ubraniu, komary fruwające nad głową albo pędy jeżyn plączące się pod nogami – wszystko zależy od drzewostanu. Unikam borów sosnowych, które wprawdzie wspaniale pachną, ale są ciemne i zasadniczo nieprzyjemne w rekreacyjnym odbiorze. Znacznie lepsze są lasy liściaste, a zwłaszcza bukowe – widne, bardzo kolorowe, a pod nogami chrupie tylko buczyna… no właśnie! Czy można ją wykorzystać w jakimś praktycznym celu?

Poniższa historia jest zaskakująco podobna do losów wielu współczesnych start-upów, którym nie udało się zaistnieć na rynku, pomimo iż wydarzyła się ponad trzysta lat temu. Na początku wszystko idzie świetnie – charyzmatyczny prezes i dobry pomysł przyciągają inwestorów kuszonych przez przyszłe zyski. Konsekwencje pierwszego potknięcia można przeboleć, lecz kolejna porażka jest ostatecznym gwoździem do trumny. Koniec biznesu, upadek, likwidacja i zadłużenie. Pewne mechanizmy są jednak uniwersalne i wieczne.

10 lutego 1685 roku był całkiem dobrym dniem dla zamożnej rodziny Hillów z Wiltshire, a zwłaszcza dla głowy rodu – George’a. Jego żona Ann urodziła mu zdrowego syna Aarona, z którym wiązano wielkie nadzieje. Ojciec nie szczędził środków, aby zapewnić mu jak najlepszą przyszłość. Rodzinę Hillów było na to stać, gdyż George był cenionym adwokatem z dużym majątkiem i jeszcze większymi koneksjami, dlatego Aaron odebrał staranne wykształcenie w prestiżowej Westminster School, która nawet dziś uchodzi za bardzo dobrą, choć snobistyczną. Aaron od najmłodszych lat wykazywał zainteresowanie naukami humanistycznymi, a zwłaszcza teatrem i operą, na których to skupił się w dorosłym życiu. Przez pewien czas zarządzał londyńskim teatrem Drury Lane, pisał własne wiersze, sztuki i opery oraz adaptował dzieła Woltera. Jego prace nie przynosiły mu oszałamiającej sławy, lecz był doskonale znany i szanowany w kręgach socjety kulturalnej i najwyraźniej mu to wystarczało: nie przymierał głodem, a on sam osiągnął (i po części odziedziczył) wysoką pozycję społeczną, co otwierało przed nim – zamknięte dla większości społeczeństwa – drzwi do wielu ważnych osobistości.

Ówcześni Anglicy (i w ogóle zamożni Europejczycy) rozpoczynali wojaże po kontynencie już w młodym wieku – jako nastolatkowie. Podróże do miejsc słynnych i egzotycznych niejako przypieczętowywały zdobytą wiedzę teoretyczną i pozwalały nabrać tak cenionej towarzyskiej ogłady. Piętnastoletni Aaron Hill jako cel swojej wycieczki wybrał Turcję, która wtedy była jeszcze wciąż tajemniczym i potężnym krajem. Oczywiście po drodze zaliczał wiele przystanków, a jednym z nich był Neapol. W czasie pobytu w tym mieście zachorował na jakąś infekcję górnych dróg oddechowych – prawdopodobnie przeziębienie. Lokalny aptekarz zalecił mu miksturę zawierającą w swoim składzie świeży olej migdałowy. Hill z ciekawością przyglądał się procesowi rozbijania nasion i wyciskania z nich oleju w prasie. Choroba ustąpiła, a młodzieniec postanowił zwiedzić jedną z najbardziej znanych atrakcji regionu – Wezuwiusza. Jadąc konno, zauważył dorodne drzewa bukowe i dużą ilość buczyny pod nimi. Najwyraźniej mając w pamięci migdały, spróbował kilka orzeszków i stwierdził, że są smaczne i bardzo tłuste. Wiedziony młodzieńczą ciekawością – i być może nudą – eksperymentował z nimi, próbując samodzielnie uzyskać z nich trochę oleju. Stwierdził, że odznacza się on dobrym zapachem i smakiem, ale jego zainteresowanie tą kwestią szybko opadło, a on sam wyruszył w dalszą podróż.

Trudno jednoznacznie stwierdzić, dlaczego Hill nie rozwijał dalej tego tematu – być może skupił się na karierze w świecie sztuki, a z naukami ścisłymi nie było mu wówczas po drodze. O bukach przypomniał sobie dopiero dwanaście lat później, gdy we wrześniu odwiedził region Devonshire. Tamtejsze lasy są pełne drzew tego gatunku, co wywarło na nim duże wrażenie i przypomniało doświadczenia przeprowadzone w Neapolu. Akurat buki plonowały obficie, więc zebrał nieco nasion i rozpoczął badania tego oleju. Wkrótce doszedł do wniosku, że jego jakość nie odbiega od tego z Włoch. Rozdał próbki miejscowym aptekarzom i perfumiarzom z zapytaniem, jak oceniają ten tłuszcz i czy mieliby dla niego jakieś zastosowanie. Ich opinie były na tyle korzystne, że Aaron Hill postanowił działać na znacznie większą skalę.

Obliczenia przeprowadzone przez Hilla wykazały, iż buczyny na Wyspach Brytyjskich jest tak dużo, że można wytłoczyć z niej trzykrotnie więcej oleju, niż mieszkańcy Królestwa są w stanie zużyć. Rachunki były wielce korzystne finansowo, ale nie uwzględniały wielu zmiennych, ani nawet tak prozaicznych rzeczy jak kwestii własności lasów. Z optymistycznymi wyliczeniami i posiadanymi próbkami tłuszczu, Hill postanowił znaleźć jakichś inwestorów. Napotkał jednak wielki problem – w świecie biznesu był postacią nieznaną, nikim ważnym, dlatego tą drogą nie uzyskał żadnych poważnych środków. Nie mogąc skutecznie działać jako osoba prywatna, wystarał się o oficjalny patent na tłoczenie oleju z buczyny, który nadano mu 23 października 1713 roku. Mając w ręku tak poważny dokument urzędowy, otwierały się przed nim poważne perspektywy zdobycia wielkich pieniędzy.

Aby skuteczniej dotrzeć do posiadaczy kapitału, Hill postanowił użyć swojego talentu pisarskiego, wydając broszurę wyjaśniającą jego koncepcje oraz zalety pomysłu. Opisywał w niej uzyskany patent królewski, powierzchnię lasów bukowych wokół Londynu i przewidywalną produkcję. Bardzo szczegółowo zarysował korzyści płynące z oleju bukowego, który chętnie przeciwstawiał importowanej oliwie. W opinii Hilla Wyspy Brytyjskie mogłaby przestać sprowadzać drogą oliwę, a eksportować tani tłuszcz bukowy, co wstrząsnęłoby przemysłem we Francji, Hiszpanii oraz na Półwyspie Apenińskim i doprowadziło tym samym do znacznego osłabienia tych krajów, a jednocześnie zwiększyło geopolityczną rolę Imperium. Podkreślał również potencjalną rolę krajowego oleju dla przemysłu oraz perspektywy wyciągnięcia angielskiej prowincji z zapaści gospodarczej.

Broszura Hilla zadziałała i to aż nazbyt skutecznie. Zgłosiło się tylu chętnych, że pomysłodawca przestał zwracać uwagi na drzewa, a zaczął wszędzie widzieć złoto. Aby nadać całemu projektowi formę prawną, utworzył Kompanię Oleju Bukowego, na którą scedował swój patent. Ciałem zarządzającym miała być rada, w skład której wchodził Hill jako przewodniczący i dziewięciu akcjonariuszy. Rada mogła go zwolnić, jeżeli uznałaby, iż nie sprawdza się w tej roli, przy jednoczesnym pozostawieniu patentu. W celu zaspokojenia oczekiwań inwestorów Kompania wyemitowała akcje i papiery dłużne na 25 tysięcy funtów, co w tamtych czasach było doprawdy zawrotną kwotą – wszystko rozeszło się wręcz na pniu. Nie powinno to dziwić, gdyż pomysł Hilla mile łechtał patriotyzm i imperialne ambicje, a poza tym obiecywano zwrot połowy nominalnej wartości akcji w ciągu roku. Do Kompanii podchodzono tak poważnie i optymistycznie, że nawet założono główną siedzibę firmy w Bloomsbury, gdzie przyjmowano interesantów oraz prowadzono księgowość.

Nic nie zwiastowało tak szybkiego ciosu. Przez całą wiosnę i pierwszą połowę lata 1714 roku, biznes kręcił się jak szalony, a Hill opływał w dostatki. Ale zbliżała się jesień, a Kompania Oleju Bukowego nie dysponowała ani jedną beczką tego tłuszczu, nie posiadała żadnej buczyny w magazynie oraz nie dysponowała jakimkolwiek miejscem do produkcji oleju. Realizację merytorycznych dyspozycji utrudniała struktura Kompanii, w której jedynie przewodniczący miał jakiekolwiek pojęcie o temacie. Do Rady w końcu doszło, że trzeba się spieszyć, dlatego wyemitowano nowe akcje i zaciągnięto nowe długi – Kompania Oleju Bukowego dysponowała astronomicznym budżetem 120 tysięcy funtów. Hill dwoił się i troił, starając się zainteresować jak najszersze grono osób „mogących”. Protektorem Kompanii na dworze królowej Anny Stuart miał być hrabia Oksfordu, który cieszył się tam wielkimi względami. Stamtąd przyszło pierwsze uderzenie w biznes – 1 sierpnia 1714 roku królowa zmarła, a władzę objął Jerzy I Hanowerski. W ten sposób utracono pożądane i cenne wpływy w administracji.

Kolejny cios w Kompanię Oleju Bukowego wyprowadziły buki. Hill wiedział, iż te drzewa plonują nierównomiernie, co było pewnym mankamentem, ale według jego obliczeń rok 1714 miał być całkiem dobry. Tymczasem był tak kiepski, iż akcjonariusze zaczęli podnosić głośne protesty z zapytaniem, gdzie jest obiecany materiał dla tłoczni, o samej olejarni nie wspominając. Entuzjazm powoli opadał, dlatego zarząd postanowił zdecydowanie ugasić głosy krytyki i ogłosić nowe otwarcie. Kompania zaczęła skupować akcje od niezadowolonych inwestorów, płacąc 125% nominalnej wartości. Zubożyło to majątek przedsiębiorstwa, ale pozbyto się zarzewia buntu. Poszerzono radę dyrektorów o siedemnaście osób, zapewniono wahających się udziałowców o perspektywach zakontraktowania surowca zagranicznego oraz ogłoszono plany dynamicznego rozwoju poprzez emisję kolejnych akcji. Tym razem Hill wraz z radą Kompanii chciał zebrać 200 tysięcy funtów – w tym celu nawet wypuszczono kolejne broszury zachwalające olej bukowy i niebotyczne perspektywy rozwoju Anglii.

Rozdęta rada dyrektorów nie była w stanie skutecznie zarządzać przedsiębiorstwem. W 1715 roku nie nawiązano żadnych kontaktów biznesowych, które umożliwiłyby sprowadzenie buczyny z kontynentu. Również prace w manufakturze posuwały się dość opornie, a samo przedsiębiorstwo zaczęło popadać w marazm. Krótkie ożywienie przyszło latem – wieści płynące z prowincji wydawały się optymistyczne i powszechnie wieszczono bardzo dobre zbiory wszystkich plonów, w tym również buczyny. O ile to okazało się prawdą, o tyle znów Natura zakpiła z Aarona Hilla – buki wydały tyle nasion, co w minionym roku! W ten sytuacji udziałowcy zaczęli wycofywać się w panice z biznesu, a na domiar złego wybuchło powstanie jakobickie przeciwko Jerzemu I Hanowerskiemu, przez co nikt nie miał głowy do drzew. I tak skończyła się kariera Aarona Hilla oraz Kompanii Oleju Bukowego. Oleju, który tak naprawdę istniał tylko w nazwie.

Możemy tylko gdybać, jak wyglądałby przemysł spożywczy i Europa, gdyby Natura okazała się nieco łaskawsza dla Kompanii i udało się zebrać wystarczającą ilość buczyny do rozpoczęcia masowej produkcji. Po porażce Hilla – o której drwiąco wspominano nawet kilkadziesiąt lat potem – nikt nie podjął ponownie rękawicy. Jednak nie oznacza to, że w ogóle nie tłoczono oleju bukowego. Robiono to, dzięki czemu jesteśmy w stanie poznać jego podstawowe właściwości.

Oczywiście olej bukowy tłoczono w rejonach, gdzie nie napotykano problemów z surowcem. Były to rejony północne i centralne Europy Środkowej – Flandria, Pikardia, Lotaryngia, Alzacja oraz księstwo Hanoweru. Najchętniej wykorzystywano go we francuskiej Pikardii, gdzie w wielu domach był podstawowym olejem spożywczym, w innych rejonach miał raczej charakter techniczny. Olej bukowy znano również w innych miejscach kontynentu, lecz postrzegano go jako produkt kryzysowy, wojenny i zaraz porzucano po uzyskaniu dostępu do lepiej znanych tłuszczy.

Orzeszki bukowe zawierają w sobie 16-18% tłuszczu, a wydajność jest uzależniona od przyjętej metody tłoczenia. W Pikardii nasiona miażdżono z wodą, po czym formowano pastę, z której na zimno odciskano olej. Tym sposobem uzyskiwano jakieś 80-90% tłuszczu zawartego w nasionach. Pozostałości przepłukiwano się gorącą wodą i znów wyciskano – taki tłuszcz jest gorszej jakości i czuć w nim pewną gorycz, która podobno przemija po pewnym czasie. Olej bukowy tłoczony na zimno jest barwy słomkowej, o bardzo delikatnym zapachu i słodkim smaku. Zalicza się go do olejów nieschnących, nie jełczeje, a podobno nawet polepsza z czasem swoje walory organoleptyczne. Niekiedy był źródłem paliwa do lamp, choć zdecydowanie częściej używano go jako tłuszczu spożywczego. Na ubogiej francuskiej i niemieckiej prowincji był niekiedy jedynym źródłem taniego tłuszczu. Jego cena znacznie wzrastała w mieście, gdzie stosowano go do przyprawiania sałatek oraz do przyrządzania luksusowych potraw.

Według badań z 1989 roku głównym składnikiem (prawie 95%) oleju bukowego są triacyloglicerole, czyli estry glicerolu i trzech kwasów tłuszczowych. Znacznie mniejszy – niemal śladowy – udział mają sterole, diacyloglicerole, fosfolipidy oraz wolne kwasy tłuszczowe. Udział steroli (około 1%) jest ściśle związany z dwoma związkami: β-sitosterolem oraz stigmasterolem, występującymi w stosunki 9:1.

W Polsce mamy bardzo dużo lasów bukowych, z których pożytek ma tylko dzika zwierzyna, grzybiarze oraz tartak. Czy znajdzie się wśród nas nowy Aaron Hill, który nie popełni błędów poprzednika i da nam olej bukowy? A może w ogóle nie potrzeba nam nowego tłuszczu? Rozważania pozostawiam Wam!

Czy obserwujesz mnie na Facebooku?

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *