Podczas przedwiosennych spacerów zawsze sprawdzam, jak przetrwało zimę jedyne znane mi stanowisko wawrzynka wilczego łyka.
Zresztą roślina ta (jedna jedyna w tym miejscu!) wyrosła tam chyba tylko czystym przypadkiem, dwa metry od dość ruchliwej drogi, gdzie chyba nie czuje się tam najlepiej – ale przynajmniej jest i stale jej doglądam. We florze Polski występują tylko dwa wawrzynki – wspomniane wilcze łyko (Daphne mezereum), objęte ochroną częściową (a do 2014 roku ścisłą) oraz bardzo rzadki, a przez to objęty ochroną zarówno ścisłą, jak i czynną – a którego na oczy jeszcze nie widziałem – wawrzynek główkowy (Daphne cneorum), który raczej pokłada się po ziemi, przez co łatwo go odróżnić od krzaczastego wilczego łyka.
Pełnią wiosny, gdy wszystko zieleni się i kwitnie, na wawrzynki raczej nie zwrócilibyśmy większej uwagi. Ale właśnie teraz na przedwiośniu, gdy jaskrawe kolory to wciąż wielka rzadkość, pędy oblepione fioletowymi (sporadycznie białymi) kwiatami od razu rzucają się nam w oczy. Te wyrastają bezpośrednio na pędach i gałęziach, co określa się mianem kauliflorii – to zjawisko typowe raczej dla roślin tropikalnych: kakaowca, szarańczynów albo judaszowca, ale w tej części Europy można je dostrzec tylko u wawrzynków. Kwiaty u wilczego łyka zwykle wyrastają w pęczkach po trzy, choć mogą pojawić się również pojedynczo. Są aromatyczne, ale na swój dziwny sposób: pachną nieco odurzająco, chemicznie, słodko, ale z wyraźną nutą rozpuszczalnika. Jak pisał Antoni Waga (1799-1890):
Kwiat wilczego łyka przypomina niektóre hyacynty, nawet wonieje, ale w tej woni przebija się coś odrażającego, co ostrzega o niebezpiecznych własnościach rośliny.
Nad pierwszymi kwiatami widać intensywnie zielony pączek, z którego później rozwinie się „pióropusz” lancetowatych albo łopatkowatych liści. Latem w miejscu kwiatów pojawią się „przyklejone” do pędu owoce, niezbyt duże – wielkości ziarna grochu – intensywnie czerwone, niejadalne, z czarną pestką wewnątrz. Dzięki swoim walorom, roślina ta ma w sobie coś niezmiernie egzotycznego, absolutnie nietypowego, wręcz… nie naszego. Rumianek albo babka w dżungli od razu budziłyby zdziwienie, ale okazy wawrzynka wilczego łyka wtopiłby idealnie w tamtejszy habitat.
Daphne mezereum od zawsze fascynowało świat zielarzy, ale to roślina trudna do praktycznego wykorzystaniem. Jako główny surowiec uznawano korę (Cortex Mezerei), choć czasem pozyskiwano również liście (Folium Mezerei) i owoce (Fructus Mezerei). Korę najczęściej ściągano jako paski o grubości tektury, będące włókniste i giętkie. Nie była to łatwa praca, bo jak zaświadcza Waga:
Zielonawa jej kora jest tak ciągłą a tęgą, że gałązki na wszystkie strony giąć się dają, a ułamać ich nie można.
Od kory stroniono wewnętrznie, zdając sobie sprawę z jej właściwości toksycznych. Zjedzona, w formie odwarów albo nalewek, powoduje silne palenie w ustach i przełyku (utrzymuje się ono nawet 8-12 godzin!), co przeradza się w ból trzewny, często z wymiotami, biegunką i krwawym moczem. Znacznie chętniej ordynowano ją zewnętrznie, przykładając ją na skórę, co przy dłuższym kontakcie generuje działanie drażniące, rozgrzanie skóry, jej zaczerwienienie i pęcherze, będąc tym samym zamiennikiem drogich i lubo nie zawsze dostępnych kantaryd, czyli słynnych hiszpańskich much. Opis ich zastosowania pozostawił w swoich pamiętnikach Seweryn Bukar (1773-1853), jeden z pierwszych kawalerów krzyża Virtuti Militari.
Bukar w trakcie służby wojskowej jadąc załadowaną bryczką, cały czas był „trącany” w lewą łopatkę przez jakąś skrzyneczkę. Zmiana dość szybko rosła i zajęła szyję, ale dostępni medycy nie oprócz kataplazmów i drobnych zabiegów chirurgicznych nie mogli nic poradzić. Ojciec Bukara wyprawił go do Sławut, gdzie rezydował doktor Khittel, który rozciął rano na nowo i kazał nosić na lewej ręce wilcze łyko.
Jest to kora z rośliny zwanej Daphne Mezereum, która się kraje na kawałeczki trzy lub cztery cale długie, a cal szerokie, moczy w bardzo mocnym occie, i kładzie na oznaczonem miejscu, mocno przywiązując. Pod nią formują się pęcherzyki, jak z wezykatoryi. To wilcze łyko nosiłem więcej roku, i dopiero w obozie pod Bracławiem, w 1791 roku, zrzuciłem je, gdyż przy nieznośnem świerzbieniu, opatrywanie samo w namiocie i porze jesiennej, było mi wielce niedogodnem. […] Ale że nie ma złego co by na dobre nie wyszło, tego i ja z tej okazyi doświadczyłem, gdyż po tej podwójnej operacyi i po długim noszeniu wilczego łyka, nadzwyczaj byłem zdrów i przez lat pięć palec mnie nawet nie zabolał.
Hermann Nothnagel w swojej „Farmakologii” z 1883 roku opisuje, iż faktycznie kora może być dobrym zamiennikiem kantaryd, ale nie jest to już popularny surowiec leczniczy, choć wciąż jest w użyciu u ludu, głównie przy porażeniach języka oraz trudnościach z połykaniem przy osłabieniu mięśni przełyku. Nothnagel potwierdza praktykę okładów z kory moczonej w occie w celu wywołania długotrwałego podrażnienia skóry, przy czym korę najpierw zmienia się co 12 godzin, a potem co 24-48 godzin. Notabene znano fałszerstwa octu właśnie przez moczenie w nim kory wilczego łyka, aby nadać mu odpowiednio ostry smak. Alternatywnie można użyć wyciągu alkoholowego albo eterowego, którego jedną część wmieszywano do dziewięciu części podłoża maściowego. Znano również plaster Drouota, który stosowano jako „pryszczydło” na skórę.
Plaster Drouota
30 części kantaryd, 10 części kory wilczego łyka, 100 części eteru octowego (octan etylu), 4 części sandaraki, 2 części elemi, 2 części kalafonii, 20 części kleju rybiego, prócz tego woda i alkohol.
Zresztą ludy słowiańskie od dawna znały „parzące” właściwości wilczego łyka. W rejonie Dziwiętnik uważano, że gdyby sokiem z jego owoców pomazać rękę osoby, która jest nam nieprzychylna, od razu pokryją ją brodawki. Kwiaty gotowano ze śmietanką do postaci maści, którymi smarowano głowy dzieci z krostami. Lokalnie na świętego Szczepana (26 XII) zamiatano domy nie tylko zwykłymi miotłami, ale także ściętymi gałązkami Daphne mezereum, co by „robactwo nie trzymało się domu”.
Fitochemia kory wawrzynka wilczego łyka nie jest jakoś szczególnie dobrze poznana, ale wbrew obiegowej opinii, nie jest to roślina zawierająca alkaloidy. Główny związek czynny – dafnetoksyna (0,02%), nie ma w sobie atomów azotu: to dość skomplikowany ortoester kwasu benzoesowego zaliczany do diterpenoidów. Siostrzanym związkiem jest mezereina, ale powątpiewa się w jej obecność w korze – występuje przede wszystkim w nasionach. Wykrywane są również kumaryny: dafnetyna i umbelliferon, sumarycznie do 0,85% w wysuszonym surowcu. Przez pewien czas rozważano zastosowanie dafnetoksyny i mezereiny w terapiach przeciwnowotworowych, ale to bardzo trudne, gdyż w zależnosci od dawki powodują zahamowanie różnicowania i apoptozę komórek wadliwych, albo też – co jest o wiele gorsze – ich wzmocnienie i stymulację powstawania kolejnych mutacji.
Czy obserwujesz mnie na Facebooku?


Dodaj komentarz