ZIOŁOLECZNICTWO, GALENIKA I MEDYCYNA NATURALNA

Strychnina temu winna

Sprawa z Rugeley szokuje z wielu względów. Zabójca kierował się niskimi pobudkami, pozostawił po sobie krwawe żniwo i nie oszczędził nawet najbliższych, nieustępliwie dążąc do swojego celu.

Tymi wydarzeniami żyli nie tylko Anglicy, ale również Francuzi, Niemcy i Polacy. O makabrycznych szczególikach rozpisywała się Gazeta Codzienna, Gazeta Warszawska, Tygodnik Petersburski, Gwiazdka Cieszyńska, Gazeta Narodowa i Kurjer Warszawski.

Strychninę wyizolowano po raz pierwszy w 1818 roku z nasion bobu św. Ignacego. Niedługo potem odkryto ją z w nasionach kulczyby, które stały się podstawowym surowcem dostarczającym tego związku. Początkowo chemicy zatrudnieni przez sądy mieli trudności z wykrywaniem tej trucizny w ludzkim ciele. Z biegiem czasu ulepszono metody i na początku XX wieku można było zidentyfikować jej minimalne ilości z mikrogramową dokładnością. Strychnina pomimo wysokiej toksyczności odznacza się pewną wadą, którą trudno ukryć mordercom – jest straszliwie gorzka. Nieprzyjemny smak jest wyczuwalny w wodzie w stężeniu 1 ppm (jedna część na milion). Jednak nie sposób odmówić jej skuteczności, przez co strychninowe mordy wcale nie były rzadkością.

Zabójstwo Johna Parsonsa Cooka było najgłośniejszą sprawą otrucia za pomocą właśnie tego substancji. Winnym zabójstwa był William Palmer, okrzyknięty przez prasę “Księciem Trucicieli”.

Wszystko zaczęło się w Rugeley w Staffordshire, gdzie Sarah i Joseph Palmerowie wiedli spokojny żywot. Dzięki dobrej pracy Josepha było ich stać na utrzymanie szóstki dzieci – jednym z nich był właśnie William, urodzony w 1824 roku. Był dość niesforny i krnąbrny. Z pierwszej pracy wyrzucono go za kradzież pieniędzy. Najwyraźniej nie zniechęciło go to do nauki, gdyż w końcu wziął się za siebie i skończył medycynę w Londynie. Powrócił do Rugeley jako lekarz, gdzie otworzył praktykę i ustatkował się, biorąc za żonę młodą Ann Thornton. Jej matka również nazywała się Ann i była bogatą wdową po pułkowniku Brookesie. Wiadomo, że teściowa pożyczyła Williamowi pieniądze i wkrótce potem zmarła. Badający jej ciało stary doktor Bamford orzekł śmierć z wyniku apopleksji. Wielkość spadku nie zadowoliła lekarza, czemu publicznie dawał wyraz.

Palmer chcąc szybko dojść do fortuny, zainteresował się bliżej wyścigami konnymi, a właściwie hazardem na wyścigach konnych. W błyskawicznym tempie przehulał majątek, co zmusiło go do zapożyczenia się u Leonarda Bladdena. Dług wcale nie był mały, bo wynosił 600 funtów, co po przeliczeniu daje nam dzisiejsze 350 tysięcy złotych! Nadzwyczaj niespodziewanie wierzyciel umiera, a wdowa po nim odkrywa, że została niemal bez środków do życia. Akt zgonu wystawia… Palmer, doszukując się przyczyny w zadawnionym urazie stawu biodrowego.

Śmierć nie odstępowała Williama Palmera i jego rodziny nawet na krok. Wraz z Ann doczekali się piątki dzieci, lecz dłuższym życiem cieszył się tylko pierworodny William Brookes. W 1851 roku umiera córka Elizabeth, w 1852 roku synowie Henry i Frank, na początku 1854 roku najmłodszy syn John. Tragedie nie wpłynęły na Williama, który przepuszczał na wyścigach coraz więcej pieniędzy. Na jednej z gonitw poznał Johna Persona Cooka. John był niemal rówieśnikiem Williama, lecz w porównaniu do niego nie skończył studiów – miał zostać adwokatem, ale przez szczęśliwy traw wygrał spory majątek właśnie na wyścigach. Ich znajomość wkrótce przerodziła w zażyłą przyjaźń. Nie wpłynęło to pozytywnie na stan finansów Palmera. Konie jedzą sporo paszy, a hazard swoje kosztuje. W końcu lekarz stanął pod finansową ścianą – do jego drzwi zaczęli pukać wierzyciele.

Chcąc rozpaczliwie złapać oddech, Palmer zaczął spłacać swoje długi majątkiem własnej matki, która nie miała o niczym pojęcia. Fałszował podpis na rozmaitych wekslach, których wartość znacznie przewyższała wielkość majątku Sary. William wiedział, że to tylko zaogni sytuację, więc postanowił działać. Wysupłał 750 funtów i w towarzystwie ubezpieczeniowym “Prince of Wales Insurance Company” w 1854 roku ubezpieczył życie swojej żony na 13 tysięcy funtów (ponad 8 mln złotych). Ann zmarła zaledwie kilka miesięcy później w wieku 27 lat, a w akcie zgonu jako przyczynę śmierci wpisano cholerę.

Nagłe wzbogacenie się było szansą dla Williama, ale nie zamierzał spłacać tysięcy funtów długu. Postanowił obstawić większą część odszkodowania w dwóch gonitwach. Znów przegrał, co stawiało go w wyjątkowo niekomfortowej sytuacji. Próbował bezskutecznie ubezpieczyć życie swojego brata Waltera na 84 tysiące funtów, lecz zdołał jedynie wykupić polisę na 14 tysięcy we wspomnianej “Prince of Wales Insurance Company”. W międzyczasie zapożyczył się u Cooka, nieporadnie próbując odkuć się na kolejnych gonitwach. Walter zmarł w sierpniu 1855 roku – źródła sprzecznie podają, czy wypłacono Palmerowi odszkodowanie. Prawdopodobnie do tego nie doszło, a sama firma zaczęła drążyć sprawę kolejnej śmierci w Rugeley. Pętla na gardle lekarza zarzucona przez dłużników zaczęła sprawiać mu ból, a na koncie miał tylko sześć funtów – dlatego postanowił działać radykalnie i szybko.

Cook zwrócił uwagę na konia “Polestar”, który kilka razy przyniósł mu niezły dochód. Najbliższa gonitwa z jego udziałem miała odbyć się 14 listopada 1855 roku w Shrewsbury, więc postanowił pojechać tam wraz z Palmerem i znów postawić na ulubionego wierzchowca. Oboje zatrzymali się w tym samym hotelu. Spotkali kilka znanych sobie twarzy, więc wieczór wyścigów upłynął im na sączeniu brandy z wodą w lobby. W pewnym momencie Cook spytał Palmera, czy chce dolewkę, lecz ten odmówił, zasłaniając się niedopitą szklanką przyjaciela. Cook szybko dopił resztę alkoholu i rozlał kolejną porcję. Niedługo potem zaczął uskarżać się, iż coś wypala mu gardło. William wziął do ręki naczynie Johna, po czym stwierdził, że jest tam tylko rozcieńczona brandy. Jednak Cook zaczął czuć się coraz gorzej, zdołał ujść kilka kroków, nim targnęły nim gwałtowne wymioty. Z trudem położono go do łóżka. Wezwany lekarz przepisał mu pigułki wymiotne. Wkrótce potem dolegliwości ustąpiły, a John poczuł się o wiele lepiej, choć wciąż był bardzo słaby. Tak zakończyła się pierwsza próba otrucia Cooka przez Palmera.

William i John razem wrócili do Rugeley. Cook zakwaterował się w miejscowym hotelu, niemal naprzeciw domu Palmera, który odwiedzał go codziennie. Po każdej wizycie odczuwał mdłości i silny ból, lecz zrzucał to na karb przemęczenia i wyczerpującego trybu życia. Palmer najwyraźniej irytował się brakiem postępów, gdyż postanowił położyć wszystko na jednej szali. Ugotował rosół, który zaniósł Johnowi. Ten próbował go skosztować, lecz wymioty nadwyrężyły jego przełyk i nie był w stanie połknąć nawet łyżki płynu. Obsługa wyniosła zupę na zaplecze hotelu, gdzie spróbowała jej jedna z pracownic. Pół godziny później tak silnie osłabła, iż musiała położyć się do łóżka. Objawy przypominały chorobę Cooka. Morderca znów odniósł porażkę.

W międzyczasie Palmer wyjechał do Londynu na parę dni, próbując ratować resztki rodzinnego majątku. Lekarz badający Cooka zauważył znaczną poprawę jego stanu zdrowia pod nieobecność Williama – John był na tyle silny, że mógł sam wstać, ubrać się i przejść kilka kroków. Gdy tylko jego przyjaciel wrócił, choroba znów tajemniczo się pojawiła. Palmer najwyraźniej nie przywiózł dobrych informacji z Londynu, gdyż postanowił uderzyć po raz trzeci – i tym razem ostatni. Od znajomego asystenta chirurga kupił trzy grany strychniny (195 mg) z której wykonał pigułki, które do złudzenia przypominały przepisany lek. Ostatni raz odwiedził Johna o godzinie 23:00 i wyszedł od niego dość szybko. Niedługo potem głośne jęki z pokoju Cooka wzbudziły zainteresowanie obsługi hotelowej, która znalazła chorego w stanie agonalnym. Pospiesznie wezwany Palmer przyszedł do jego pokoju, lecz zaraz wrócił do siebie, tłumacząc się brakiem odpowiednich lekarstw. John przeżył noc, ale jego stan był krytyczny.

Rano Palmer kupił w miejscowej aptece kolejne sześć granów strychniny (390 mg). Nie wzbudziło to zainteresowania farmaceutów – w końcu prowadził praktykę lekarską. Po południu do Rugeley przyjechał krewny Williama, również lekarz z wykształcenia. Usłyszawszy o stanie Cooka, postanowił sformować małe, trzyosobowe konsylium, które miało zdecydować o dalszej terapii. Medycy zgodzili się zaordynować kolejne pigułki, a Palmer zgodził się nadzorować podanie lekarstwa. Około 21:30 podał Cookowi dwie pigułki, lecz to nie pomogło – po kilkunastu minutach John znów wrzeszczał z bólu. Znów przysłano po Palmera, który zadał kolejne dwie pigułki, które miały zawierać w składzie amoniak. Chwilę później John Parsons Cook zmarł w agonii.

Śmierć Johna Cooka szybko rozniosła się po okolicy, a jego krewni zaczęli zjeżdżać do miasta. Wkrótce okazało się, iż gdzieś rozpłynęły się jego pieniądze, a on sam miał być winny 4000 funtów Williamowi Palmerowi. Zaalarmowało to spadkobierców Cooka, którzy zaczęli podejrzewać zamach na życie bogatego młodzieńca. Zażądali sekcji zwłok, która miała definitywnie ustalić przyczynę śmierci. Podczas sekcji był obecny Palmer – jego obecność zapamiętano dobrze, gdyż strącił naczynie z pobranymi płynami. W końcu zebrano co się dało i zapakowano w słoje, które wysłano do Londynu. Palmer próbował przekupić gońca, aby zniszczył przesyłkę, lecz ten odmówił i dostarczył próbki do analizy.

Chemicy potwierdzili obecność strychniny w ciele Johna Parsona Cooka. Dzięki ekshumacji ciała jego żony Ann można było postawić Williamowi kolejny zarzut morderstwa – tym razem trucizną był antymon. Aby sprawiedliwie osądzić Williama Palmera, zdecydowano się na proces w Londynie. Lokalna prasa miała duży wpływ na miejscowych sędziów, przez co obawiano się o ich bezstronność. Sąd i ława przysięgłych uznali Williama Palmera winnym podwójnego zabójstwa z premedytacją. Powieszono go 14 czerwca 1856 roku.

Ofiar Palmera być może było więcej. Liczne artykuły prasowe sugerowały nienaturalną śmierć jego brata Waltera i teściowej; zwracano również uwagę na zgony jego dzieci. Stawiano tezę, iż otruł je, nie chcąc ich dalej utrzymywać. Jak było naprawdę – wiedzę na ten temat William Palmer zabrał ze sobą do grobu.

Czy obserwujesz mnie na Facebooku?

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *