Już niedługo 80. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, dlatego myślę, że warto poruszyć temat częściowo związany z tamtymi czasami.
Wybuch II wojny światowej był niemałym szokiem – choć czyniono przygotowania pod kątem militarnym i obrony cywilnej, to powszechnie sądzono, że skończy się na groźbach i symbolicznym pokazie siły. Rosnąca liczba przekazów o bestialstwach, okropieństwach i tragediach powodowały, iż wszyscy z niecierpliwością oczekiwali na rozstrzygnięcie działań wojennych. Szczególnie wyczekującą postawę przyjęli mieszkańcy miast, którzy byli uzależnieni od zgromadzonych zapasów, systemu zaopatrzenia wewnętrznego, resztek produkcji krajowej oraz wiejskich dostaw, które ledwie pokrywały absolutne minimum zapotrzebowania na podstawowe towary spożywcze.
Ponieważ nie zanosiło się na rychłe zakończenie konfliktu i wygraną którejkolwiek ze stron, ludność przestawiła się na „tryb kryzysowy”, co oznaczało próbę dostosowania się do gospodarki złożonej niemal wyłącznie z niedoborów, braków, prostoty i lichych zamienników. Pomimo tych nader licznych niedogodności, każdy dzień starano się przeżyć jak najwygodniej, w sposób możliwie zbliżony do czasów przedwojennych – przecież ani wojna, ani okupacja nie są w stanie wyłączyć kubków smakowych, potrzeb, przyzwyczajeń oraz pragnień. I choć dobry chleb bywał rzadkością, a skrawek mięsa rarytasem, nie oznacza to, że przez sześć lat wojny zarzucono wszystkie słodkości – znamy przepisy na wojenne ciasta i wypieki.
Oczywiście łakocie musiały ściśle podlegać pięciu zasadom, które w 1941 roku sformułowała M. Halska w książce „Co dzisiaj jeść i jak gotować”. Nie było to prawdziwe nazwisko, ale pseudonim dwóch autorek: Jadwigi Wawrzyńskiej-Pągowskiej i Haliny Żółtowskiej. Wspomniane reguły dotyczyły:
- zachowania pełnej wartości odżywczej produktów
- ułożenia jadłospisów kompletnych pod względem obecności niezbędnych składników
- zastąpienia droższych produktów tańszymi
- wymiany składników niedostępnych na możliwe do zdobycia
- ograniczenia zużycia opału
Punkty 3 i 4 z pewnością zostały świetnie zrealizowane przez wymianę kakao na łuskę kakaową, którą dzisiaj niektórzy wysypują ogródki. W czasie wojny nie była żadnym odpadem, ale towarem pożądanym i pełnoprawnym, albowiem ma przyjemny, czekoladowy zapach.
Tort z łupinek kakaowych
1 jajko, 1 szklanka cukru, 1 szklanka mąki, 1 szklanka mleka, 1 łyżka proszku do pieczenia, 1 łyżka cukru waniliowego.
To wszystko należy utrzeć razem, dodając stopniowo mąkę, cukier i mleko. Wsypać proszek do pieczenia i cukier waniliowy. Połowę ciasta oddzielić i dodać 10-20 g zmielonych łupin. Na blachę wysmarowaną tłuszczem kłaść warstwami na zmianę ciasto białe i ciasto z łupinami. Wstawić do pieca na 30 minut.
’Tort’ nabierał tortowości dopiero po przełożeniu go pianowym kremem:
Ubić białko z cukrem, wlać ćwierć szklanki rozbitego w zimnej wodzie kakao (można z łupin kakaowych), z rozpuszczonym listkiem żelatyny. Wszystko razem trzepaczką ubić i przekładać tort.
Kojarzące się z jesienią ciasto marchwiowe, także było znane w czasie wojny: słodkie korzenie pozwalały zaoszczędzić sporo deficytowego, drogiego cukru.
0,5 kg marchwi oskrobać i zetrzeć na tarce, wymieszać z 0,5 kg mąki, dodać 3 łyżki cukru, proszek do pieczenia, cynamonu i goździków, trochę karmelu dla koloru. Jeżeli masa jest za gęsta, dodać wody. Wymieszać dobrze, wyłożyć na blachę wysmarowaną tłuszczem i piec trzy kwadranse.
Zamiast marchwi można dodać sztuczny miód, ale taka masa wtedy wymaga użycia jednego jajka.
Dla miłośników aromatów wymyślono piernik lipowy:
Kupić lub zebrać kwiatu lipowego, 3 łyżeczki zalać wrzącą wodą i zostawić do naciągnięcia. Przecedzić – herbaty powinno być ćwierć szklanki. 2 szklanki mąki, 2 jaja, 1 szklankę cukru, herbatę lipową i proszek do pieczenia zagnieść z cynamonem i goździkami, dobrze wyrobić, kłaść na wysmarowaną blachę i piec trzy kwadranse.
Wzgardzane w okresie dobrobytu bobowate – groch, fasola, a nawet soja, powracały do łask w trudnych czasach. Przykładem jest tort z fasoli z 1941 roku
20 dkg nasion namoczyć na noc w zimnej wodzie. Ugotować na miękko, odlać, nieco obsuszyć w garnku. 3 żółtka utrzeć ze szklanką cukru do białości, dodać przetartą przez sito fasolę, wciąż ucierać aż do powstania jednolitej masy. Zaromatyzować kroplami laurowymi (lub migdałowymi, ale te pierwsze dają wrażenie kasztanów jadalnych), zmieszać z pianą z trzech białek. Upiec w tortownicy wsmarowanej smalcem i wysypanej bułką tartą.
Kasza owsiana raczej nie kojarzy się nam z domowymi wypiekami, ale w zastępstwie trudno dostępnej mąki, raczono się słodyczami wykonanymi właśnie na kaszy.
0,5 kg kaszy owsianej przesiać przez durszlak, dodać 1 łyżkę mąki. 1-2 żółtka utrzeć z 0,5 szklanki cukru, dodać migdałowego zapachu i proszek do pieczenia. Wszystko wymieszać, dodać pianę ubitą z białek i kłaść na blasze wysmarowanej tłuszczem. Formować małe, dość grube placuszki, daleko od siebie, aby nie zlały się w jedną całość. Zrumienione wyjąć.
Czy obserwujesz mnie na Facebooku?


Dodaj komentarz