Tykwa pospolita (Lagenaria siceraria) to jednoroczne pnącze z rodziny dyniowatych (Cucurbitaceae).
Według archeobotaników, roślina została udomowiona kilkanaście tysięcy lat temu przez ludy Azji i Afryki, a wielowiekowa uprawa jako warzywa, spowodowała wytworzenie kultywaru o charakterystycznej butelkowatej formie owoców. Te służyły jako dość trwałe naczynia na żywność oraz pojemniki na wodę, co umożliwiało przenoszenie zapasów podczas dłuższych podróży.
Obecnie tykwy są traktowane raczej jako ciekawe rośliny ozdobne, ale w Indiach i Azji Południowo-Wschodniej odpowiednio przyrządzone owoce są cenionym dodatkiem do dań warzywnych i mięsnych oraz źródłem soku o nazwie Lauki, Ghiya lub bottle gourd juice. Ten napój jest znany w medycynie ajurwedyjskiej: jej praktycy polecają go przy schorzeniach układu krążenia i wątroby, w cukrzycy oraz pomocniczo przy odchudzaniu. Niektórzy uważają Lauki za silny lek odtruwający, przyspieszający metabolizm i wzmagający usuwanie rozmaitych toksyn z organizmu. Sok jest dostępny w Polsce poprzez sklepy internetowe, a opisy sprzedawców prezentują go wyłącznie w samych superlatywach.
W Indiach odnotowano trzy zgony i szereg hospitalizacji nawet po tylko jednokrotnym spożyciu soku z tykwy – sprawa jest na tyle poważna, iż do jej analizy i wyjaśnienia powołano specjalną komisję ekspertów. Dlaczego Lauki może być tak niebezpiecznym elementem diety?
Azjatyckim zagłębiem uprawy tykw jest hinduskie miasto Dźodhpur w Radżastanie, niedaleko Pakistanu i pustyni Thar. To niezbyt gościnny, suchy i gorący rejon, który sprzyja osiąganiu wysokiej koncentracji niektórych związków aktywnych w roślinach: olejków eterycznych, alkaloidów oraz kurkurbitacyn. Te ostatnie to grupa substancji o charakterze tetracyklicznych triterpenów pełniących rolę repelentną względem roślinożerców. Występują w wielu rodzinach roślin (a nawet grzybów i zwierząt), ale szczególnie bogate w kukurbitacyny są rośliny dyniowate, przez co ich owoce niekiedy nabierają wstrętnego, gorzkiego smaku. Z naszego punktu widzenia to toksyny, które mogą wywoływać stany zapalne narządów wewnętrznych z uwagi na hamowanie wiązania kortyzolu (o roli przeciwzapalnej) z receptorami glukokortykoidowymi. W owocach tykwy znajdują się także specyficzne kwasy postrzegane jako alergenne i negatywnie wpływające na pracę komórek (zaburzają funkcjonowanie rybosomów, a tym samym tworzenia białek w procesie translacji).
Według toksykologów, 50 ml soku może wywoływać efekty toksyczne, a 300 ml jest postrzegane jako potencjalnie śmiertelna dawka. Zwróciłem uwagę na oferty polskich sprzedawców: najczęściej zalecają jednorazową dozę 60 ml.
Jak objawia się zatrucie Lauki? Tempo występowania objawów jest uzależnione od przyjętej objętości płynu: od kilkudziesięciu minut do kilku godzin. Pojawia się nadciśnienie, ból brzucha (niekiedy silny), występują biegunka i wymioty, czasami z obecnością krwi. Badania endoskopowe zwykle wskazują stany zapalne i uszkodzenia (martwicę) tkanek przełyku, żołądka i dwunastnicy, w pewnych przypadkach wymagających chirurgicznego usunięcia części lub całości narządów układu pokarmowego.
Przytoczę jeden z przypadków klinicznych zatrucia sokiem tykwowym. 58-letni mężczyzna leczący się na chorobę wieńcową, zgłosił się do szpitala z krwawymi wymiotami i bólami brzucha. Zgodnie z uzyskanymi informacjami, problemy zaczęły się po około 30 minutach od spożycia Lauki w nieznanej objętości. Odnotowano tachykardię (118 bpm) i niedociśnienie (86/60 mmHg), nieco zmniejszoną saturację (95%), suchość języka, zimne kończyny i zmniejszone napięcie skóry. Wykluczono przyczyny leżące po stronie ukłądu krążenia i cukrzycy. Tomografia komputerowa głowy nie wykazała nieprawidłowości. Badanie markerów wątrobowych wskazało na znaczące przekroczenie aminotransferaz (AST: 668 U/l, ALT: 750 U/l). Podano leki przeciwwymiotne, pantoprazol (lek IPP), sukralfat (przyspiesza gojenie się uszkodzeń tkanek przewodu pokarmowego) oraz kroplówki nawadniające. Pacjenta wypisano do domu po ustabilizowaniu stanu zdrowia i unormowaniu wyników laboratoryjnych, co nastąpiło po pięciu dniach.
Czy obserwujesz mnie na Facebooku?


Dodaj komentarz