Dojść do ładu: właściwości trzmieliny

Jesień zawsze kojarzy mi się z przebarwionymi liśćmi, różnokolorowymi owocami oraz ostatnimi ciepłymi dniami. Lubię wówczas wędrować po bezdrożach oraz polnych ścieżkach, rozglądać się na wszystkie strony i podziwiać niezwykłe malunki Matki Natury. Pomimo ciepłych tonów, zapowiadają one jednak czas srogi, mroźny, nieprzyjemny i zwyczajnie ponury. Wśród tych barw, zdecydowanie wybijają się trzmieliny pospolite (Euonymus europaeus), które chętnie przybierają ciekawe, bo intensywnie różowo-pomarańczowe odcienie, jakże rzadko spotykane. W oczy rzucają się nam zwłaszcza jasne torebki, przypominające nieco czteroramienną gwiazdę, z których często spoglądają na nas nasiona – wprawdzie białe, ale nie widzimy tego koloru, gdyż szczelnie zakrywa go oranżowa osnówka. Mijamy te roślinne cuda i nawet nie zastanawiamy się nad ich właściwościami leczniczymi… o ile jakieś posiadają. W internecie krąży wiele półprawd i zwyczajnych mitów, niektóre stworzone przez – mogłoby się wydawać – ekspertów w swojej dziedzinie.

Rodzaj Euonymus – trzmielina – jest znany w fitoterapii i był istotnie opisywany przez fachowców w poważanej literaturze tematu a w pewnych okresach nosił nawet zaszczytne miano farmakopealnego! Proszę jednak o odłożenie wycieczek na skraje lasów na późniejszy termin, albowiem wcale nie chodziło o naszą rodzimą trzmielinę, lecz o zupełnie inny gatunek! Jeżeli w książkach używano nomenklaturowego określenia Euonymus, to wcale nie chodziło o surowiec europejski, lecz ten pozyskany z trzmieliny purpurowej (E. atropurpureus) występującej na środkowym zachodzie Stanów Zjednoczonych. Ponadto, wykorzystywanymi fragmentami roślinnymi nie były owoce i nasiona, lecz tkanki okrywające części podzielne, które zaliczano farmakognostycznie do typu kory (root-bark). Zatem… cóż wiemy o tej amerykańskiej trzmielinie?

Korę korzeni trzmieliny purpurowej farmaceutycznie określano jako Cortex Euonymi, choć w praktyce używano indiańskiej nazwy wahoo. Była względnie popularnym surowcem, o ile można mówić w ten sposób o ziołach leczniczych: stosowali ją zwłaszcza amerykańscy terapeuci, co później przetransferowano do Wielkiej Brytanii – tam była nawet surowcem farmakopealnym! Ostatni raz wymieniono ją w British Pharmaceutical Codex 1934, co oznacza, że długo utrzymała względnie mocną pozycję. O jej fitochemii wiedziano relatywnie niewiele – znano dosłownie pojedyncze związki, których charakteru nie potrafiono określić precyzyjnie. W opisach przewijał się alkohol euonymol, substancje sterolowe: euonysterol, homo-euonysterol oraz atropurpurol, alkohol cukrowy dulcytol, ponadto mieszanka kwasów tłuszczowych oraz żywic, bez szczegółowego wyszczególniania ich składników. Sami przyznacie, że to skromna wiedza jak na 1934 rok i w dodatku na farmakopealną roślinę.

Nie stosowano czystej kory korzeni – służyła ona do produkcji oficjalnego wyciągu (Extractum Euonymi) oraz nalewki (Tinctura Euonymi) – produkcja żadnego nie nastręczała trudności. Ekstrakt wyrabiano przez perkolację, czyli zupełne wyczyszczenie związków czynnych z surowca poprzez ciągłe zmiany gradientu stężeń w urządzeniu o nazwie perkolator. Jako rozpuszczalnika używano mieszaniny 4 części stężonego etanolu i 1 części wody. Uzyskany perkolat destylowano w celu zaoszczędzenia części alkoholu, następnie odparowywano do sucha i w razie potrzeby mieszano ze skrobią albo fosforanem wapnia w celu utrzymania sypkiej konsystencji. Dawki: 1-2 grany, co oznacza 0,06-0,12 g. Nalewka nie wymagała perkolacji, albowiem wykorzystywano najprostszą macerację surowca w rozpuszczalniku (parametry identyczne jak dla ekstraktu) w proporcji 1:5. Dawki: 1o-40 minimów, czyli 0,6-2,4 ml. Gotowe przetwory trzmielinowe stosowano jako leki końcowe lub półprodukty – znanych jest mi kilka leków o charakterze eliksirów lub pigułek zawierających właśnie te wyciągi i nalewki.

Korę korzeni trzmieliny purpurowej postrzegano jako surowiec o charakterze cholagogum et lenitivum – wpływający na funkcjonowanie układu pokarmowego, zwłaszcza organów o charakterze wydzielniczym, ponadto łagodnie rozwalniający. Jak możemy przeczytać w indyjskiej Materia Medica z początku XX wieku:

Trzmielina jest surowcem żółciopędnym, stymulującym pracę wątroby, ponadto stosowana jako diuretyk, preparat wpływający na cykl miesiączkowy, przeciwpasożytniczy i ogólnie tonizujący. Działa podobnie jak podofilina. Jako środek przeczyszczający, podobna w efektach do rzewienia, lecz trochę słabszy. Łączy się ją z aloesem, dziwaczkiem jalapą, rzewieniem i arbuzem kolokwinta. Wzmaga przepływ żółci i innych wydzielin. Przedawkowania podrażnia układ pokarmowy.

Terapeutycznie dobra na zbyt słabą pracę żołądka, przewlekłe zaparcia, obrzęki i różne choroby układu pokarmowego. Łączona z pepsyną to dobry środek trawienny i wątrobowy.

Przetwory trzmielinowe służyły do wyrobu leków złożonych o charakterze stymulującym pracę układu pokarmowego: zawierały zwykle ekstrakt z lulka czarnego, korzenia rzewienia, wyciąg z nasion kulczyby wroniego oka oraz aloinę.

Nigdy nie spotkałem się z informacją, jakoby substytutem amerykańskiej trzmieliny purpurowej była nasza europejska trzmielina. Co więcej, w żadnej poważnej literaturze fitoterapeutycznej nie spotkałem się z informacjami o Euonymus europaeus, za wyjątkiem wzmianki o toksycznym działaniu rośliny na wszy (bez podania rodzaju surowca). Dlatego bardzo zdziwiły mnie informacje (z 2007 roku) podawane na stronach doktora Henryka Różańskiego, który dość szczegółowo wypisuje chemizm owoców (Fructus Euonymi), nawet zakreślając ich – nadzwyczaj szeroki – profil terapeutyczny, wraz z podaniem receptur przetworów.

Owoc trzmieliny zawiera alkohole cukrowe (dulcytol), garbniki, flawonoidy (kemferol, zeaksantyna), alkaloidy (frangulanina, frangufolina), kardenolidy (evonosid), kwasy organiczne, witaminy (P, C, A, B1), saponiny triterpenowe.

O ile nie będę polemizował z obecnością garbników, flawonoidów, witamin i kwasów organicznych, o tyle – zgodnie ze swoją naturą – będę musiał dorzucić swoje trzy grosze do dulcytolu, alkaloidów i kardenolidów.

Uważni czytelnicy zauważyli, iż dulcytol (znany dziś jako galaktitol) wymieniano przy korze korzeni trzmieliny purpurowej, zatem jego obecność w gatunku europejskim byłaby spodziewana. Istotnie, wykryto go – w liściach (znaczne ilości), pędach oraz w owocach (Nature, 24.12.1949), przy czym wspomniana praca jest chyba… najnowszą z tego zagadnienia. Nie jest to specyficzny związek: zidentyfikowano go także w głogu, jabłoni, jarząbach oraz w śliwach. Nie posiada charakterystycznych walorów leczniczych, zatem dla nas jest – pod względem znaczenia – zupełnie drugorzędny.

Kwestia alkaloidów jest bardziej skomplikowana, gdyż ich obecności w trzmielinie europejskiej w żaden sposób podważyć nie można. Jednak kierując się dostępną literaturą … w owocach ich nie znajdziemy! Praca z 1973 roku (co ciekawe – z Poznania) wspomina o oznaczeniu czterech alkaloidów: frangulaniny, franganiny, frangufoliny oraz armepawiny w liściach, pędach, korzeniach oraz w ich korze z surowca pozyskanego w Polsce – przy czym to były ilości niezwykle śladowe. Dominowała – o ile mogę użyć tego zwrotu – frangulanina obecna w korzeni korzeni w ilości 0,015%, zatem ilość zdecydowanie zbyt niska, aby wykazać efekt terapeutyczny. Podobne informacje znajdziemy w Fortschritte der Chemie organischer Naturstoffe: o owocach nie ma nic. Można teoretyzować, iż w owocach także są te alkaloidy, ale bez potwierdzenia i oznaczenia stężenia – sugerowanie jakiegokolwiek ich wpływu na organizm jest zupełnie na wyrost! Podobnie rzecz ma się z glikozydem kardenolidowym o nazwie ewonozyd (evonosid) – nie znamy literatury, która potwierdzałaby jego obecność w owocach, za to znamy jego stężenie w nasionach (0,38%; za JPP 2019, 1722-1729), których przecież do Fructus Euonymi nie zaliczymy.

Owoce trzmieliny pospolitej nigdy nie były oficjalnym surowcem zielarskim, ani tym bardziej nie wspominano ich w literaturze fachowej, ani tym bardziej szczegółowej fitochemicznej. Zatem opisywanie go w ten sposób oraz domniemywanie jego właściwości terapeutycznych jest po prostu etycznie wątpliwe: mamy tutaj same znaki zapytania bez jakichkolwiek potwierdzonych pewników w tym kwestii bezpieczeństwa dla pacjenta. Zatem zostawmy trzmielinę Naturze i nie ruszajmy jej – nie mamy ku temu żadnych logicznych powodów.

Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on pinterest
Pinterest

KOMENTARZE

2 thoughts on “Dojść do ładu: właściwości trzmieliny

  1. Świetny monograficzny artykuł. Co do surowca amerykańskiego przypomina mi to sytuację z substancją o nazwie Radix Daturae fastuosae, którą stosowano w Indiach m.in. na astmę. W rzeczywistości także była to także kora korzenia bielunia gatunku Datura metel.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ZOBACZ POZOSTAŁE WPISY

Sąd nad żywokostem

Jeden z ostatnich tekstów opublikowanych w Manuale Zielarskim dotyczył alkaloidów pirolizydynowych. Skupiłem się głównie na przestawieniu spraw fitochemicznych i toksykologicznych, nieco po macoszemu traktując kwestie […]

Czytaj dalej…

CZYTAJ DALEJ

W dymie kłamstw

Dobry znajomy powiedział kiedyś do mnie “jeleni w tym kraju nie brakuje”. Niechętnie zgodziłem się z nim. Instynkt samozachowawczy uległ ogromnej degeneracji i nie jest […]

Czytaj dalej…

CZYTAJ DALEJ

SZUKAJ WPISÓW

PATRONITE

ARCHIWUM

Archiwa
error: Kopiowanie zawartości wzbronione.