Oszuści! O fałszowaniu surowców leczniczych

Ostatnimi czasy moja praca naukowa nabrała tak intensywnego tempa, że niemal co tydzień prowadzę jakieś wykłady, warsztaty, bądź biorę udział w konferencjach naukowych i wydarzeniach branżowych. Oczywiście poznaję całą masę osób, ich doświadczenia, problemy oraz wątpliwości. Zawsze baczniej nadstawiam ucho, gdy ktoś opowiada o tym, iż kupił olejek, ziele, mieszankę i produkty te były… nie takie jak trzeba. Konkretów zwykle pada niewiele, czemu trudno się dziwić – laik nie użyje właściwych fraz oraz nie zwróci uwagi na charakterystyczne a decydujące szczegóły, ale instynktownie wyczuwa, że gdzieś kryje się nieprawidłowość i zdecydowany niedostatek cech jak-trzeba. Niestety, takich osób jest coraz mniej; wielu bezkrytycznie ufa producentom, choć ci nie zawsze są fair. Mogłoby się wydawać, że przeminęły czasy dwudziestolecia międzywojennego i masowego fałszowania produktów, ale to absolutna nieprawda. Zmieniły się tylko metody: teraz przewały są subtelniejsze, sprytniejsze i właściwie nie do udowodnienia bez całego zaplecza laboratoryjnego, jednakże – co muszę wyraźnie zaznaczyć – wciąż wykrywalne!

Branża zielarska, czy też szerzej farmaceutyczna, medyczna, nie jest żadnym wyjątkiem. Osobiście podejrzewam, że oszukuje się w niej już od czasów nadrzewnych małp, które za słodkie owoce wciskały sobie chwasty, gorąco zapewniając w małpim narzeczu, że to lecznicze rośliny. Kwestiami jakości zajmował się już Pedanios Dioskurydes w pierwszym wieku naszej ery. W niektórych opisach roślin w De Materia Medica wyszczególniał szczególne cechy umożliwiające odróżnienie surowca dobrego i cennego od złego i bezwartościowego. Chodziło tu zwłaszcza o aromatyczne wydzieliny, które szokująco regularnie fałszowano tanią sosnową żywicą, albo innymi, nieszlachetnymi składnikami.

Nie będę przytaczał historycznych sposobów krętaczenia, gdyż w poniższym tekście skupię się wyłącznie na współczesnych przypadkach. Pomnę także kwestię olejków eterycznych – wprawdzie jest dla wielu paląca, ale to zupełnie inna bajka. Wymaga ona spojrzenia znacznie szerszego, niż mogę zrobić to w jednym wpisie. Pracuję nad małym skryptem z tej dziedziny, który chciałbym zrealizować w formie praktycznych warsztatów – być może zostaną takowe zorganizowane jeszcze zimą!

Fałszerstwo – a zatem czyn w pełni świadomy – może przyjąć różne oblicza, albowiem istnieje wiele metod; jedne są sprytniejsze, choć zdecydowanie mniej zyskowne od drugich, ale za to łatwiejszych do wykrycia. Wszelkie kalkulacje ryzyka wpadki przykrywa zysk, który potrafi przesłonić jakiekolwiek zdroworozsądkowe argumenty i logiczne spojrzenie na całą sprawę. Fanatyczne pożądanie pieniędzy można zmusić nas do przekroczenia żelaznej granicy jakości, przez co zaczynamy kręcić z naszymi produktami. Utarte handlowe stereotypy przeszkadzają również klientom: generalnie zwykło się uznawać towar tańszy za gorszy, więc są sytuacje, gdy (użyję eufemizmu) niepełnowartościowe produkty zielarskie wycenia się… znacznie drożej od rynkowej średniej. Podobno za ceną idzie jakość, więc kto śmiałby podejrzewać produkt premium o bycie zwykłym szajsem?

Nie rozminę się z prawdą, jeżeli powiem, że wiemy ledwie o ułamku przypadków fałszowania surowców zielarskich czy produktów roślinnych. W każdym kraju panuje inna sytuacja, mocno zależna od wydolności instytucji państwowych oraz stowarzyszeń branżowych. Popatrzmy na własne podwórko: patologia w postaci suplementów diety! Tylko w tym roku zgłoszono do Głównego Inspektoratu Sanitarnego zamiar wprowadzenia do obrotu blisko piętnastu tysięcy (15.000) suplementów! Od chęci do faktu daleka droga, niechże tylko część, powiedzmy jedna-trzecia (1/3) się ziści. Któż zdoła sprawdzić rzetelność oświadczeń i faktyczny skład tego morza preparatów? Dołóżmy do tego zioła, herbatki, kosmetyki, a robi się z tego całyocean. Niezbadany w sensie laboratoryjnym. Ponadto duża część produktów istnieje poza oficjalnym obrotem – każdy ma chyba znajomą znajomej, która wyrabia chałupniczo kremy, mydła albo nalewki. Doprawdy, faryzejski to pogląd, jakoby i one były wolne od świadomych wad.

Sądzę, iż wystarczy już wstępu i teorii – pora wkroczyć na nieco bardziej rzeczywisty grunt. W jaki sposób dokonuje się fałszowania roślinnych produktów leczniczych? W dużej mierze zależy to od formy, jaką one przybierają. Powszechną – choć może w pewnych przypadkach niezawinioną – metodą jest wykorzystywanie materiału roślinnego o jakości niższej, niż nakazują przepisy i normy. Przykładowo: oferowany surowiec zawiera w sobie 1% olejku, podczas gdy wytyczne mówią o 1,2% i z takim przekonaniem nabywamy go. Zmiana niby drobna, ale w praktycznej terapii na pewno odczuwalna. Są jednak surowce, które nie posiadają oficjalnej monografii bądź trudno wyszczególnić konkretny parametr do identyfikacji, zatem oczywistym jest, iż takie zioło będzie podlegać naturalnym, zupełnie biologicznym wahaniom zawartości związków czynnych. Jednakże niemożliwym do zaakceptowania jest ponadnormatywny udział części roślin z gatunków obcych lub pokrewnych, ale o znacznie gorszych parametrach chemicznych. I znów: niekiedy są trudne do odróżnienia przez osoby pozyskujące, ale ich wielka reprezentacja w zbiorze jest wyjątkowo niekorzystna z punktu widzenia konsumenta i pacjenta. Czasem takie zanieczyszczenie może być niebezpieczne: znam przypadek (amerykański), gdy w liściach łopianu odnotowano obecność liści… naparstnicy. Efektem feralnej partii był przynajmniej jeden przypadek hospitalizacji.

Kolejne metody są bardziej wysublimowane i możliwe do zastosowania w wytwórstwie na skalę masową. Chcąc oszczędzić marnowania drogiego suchego ekstraktu, może zostać wydane polecenie… zmieszania go z substancją obojętną, czyli użycia wypełniacza. I owszem, deklarowane 250 miligramów widnieje na opakowaniu i tyle użyto, choć faktycznie wyciągu jest 200 mg, 175 mg, albo i jeszcze mniej. Niektóre organizacje branżowe mają obawy, iż część produktów zawierających sproszkowany materiał roślinny (tabletki/kapsułki), powstało z odpadów poekstrakcyjnych, czyli zupełnie zużytych. Zutylizować szkoda, a tak można dać im drugie życie w formie nieaktywnego biologicznie pyłu, który wzbogaci kolejny preparat. Jeszcze inną opcją (o której czytam coraz częściej) jest rzecz odwrotna – wzbogacanie ekstraktu substancjami syntetycznymi. W ten sposób manipuluje się zawartością związków czynnych i sprawia fałszywe wrażenie, iż wyciąg ma bardzo dobre cechy chemiczne, ergo jest wysokowartościowy. Ponadto to zwyczajne sprzeczne z ideami preparatów naturalnych. Co innego, gdy producent o tym powiadamia, ale przemilczenie tej informacji jest zupełnie nieetyczne.

Dziurawiec zwyczajny

W literaturze branżowej pojawiają się doniesienia o fałszowaniu, choć mógłbym użyć także słowa zanieczyszczeniu (trudno stwierdzić jak dalece jest to celowe) H. perforatum częściami roślin z innych gatunków – H. maculatum (dziurawcem czterobocznym), H. montanum (dziurawcem skąpolistnym), czy H. barbatum oraz innymi, rzadszymi przedstawicielami Hypericum. Niewłaściwe gatunki użyte do wytworzenia ekstraktów, powodują odwrócenie stosunku pseudohiperycyny do hipercyny, co może przełożyć się na aktywność farmakologiczną wyciągu. Badania kliniczne dziurawca opierają się na preparatach z tzw. profilem europejskim – tam dominuje pseudohiperycyna, której jest nawet 4 razy więcej, niż hiperycyny. Dominacja hiperycyny (wykrywa się nawet dwukrotną) nie gwarantuje nam zapewnienia pożądanych efektów terapeutycznych. Pewne chińskie ekstrakty są tak ubogie w związki czynne, że nie wykrywa się w nich ani hiperycyny, ani pseudohiperycyny.

Jak opisuje praca Frommenwiler z 2016 roku – na 37 próbek dziurawca (w różnych postaciach), aż osiem (8) było zafałszowanych syntetycznymi barwnikami, co miało na celu oszukanie metod identyfikacyjnych i poprawienie walorów wizualnych. Sześć (6) posiadało zły profil flawonoidowy – do wyboru: związki, które miały być, a ich nie wykryto lub odwrotnie – które występowały… choć w surowcu ich nie ma. Problem ten dotyczył przede wszystkim ekstraktów oraz gotowych preparatów znajdujących się w obrocie. American Botanical Council zauważa, iż inna analiza z 2016 roku wykazała obecność sztucznych (i bardzo niepożądanych) barwników w 9 z 48 komercyjnie dostępnych produktach. Podobnie było w Stanach Zjednoczonych w 2015 roku – tylko pięć próbek z dwunastu (5 z 12) przeszło pozytywnie badania tożsamości według monografii w USP 38.

Aloes zwyczajny

Sporadycznie, ale jednak występują pewne pomieszania gatunkowe przedstawicieli z rodzaju Aloe, przez co niektórzy producenci wykorzystują w celach kosmetycznych przetwory sporządzone nie z A. vera (aloesu zwyczajnego), ale z A. arborescens (aloesu drzewiastego), A. ferox (aloesu drzewiastego) i A. perryi, które nie są fitochemicznie identyczne.

Sproszkowany sok z liści aloesu może być rozcieńczony zwyczajnym cukrem – sacharozą, laktozą bądź maltodekstryną. Niekiedy spotyka się również zagęszczacze – gumę arabską i karagen. Nieprawidłowości w branży były jej ogromną bolączką w latach 1990-2000 (i są do tej pory, acz mniejszą), albowiem dodawanie maltodekstryny w celu podniesienia zawartości polisacharydów było niemal na porządku dziennym. Badania zlecone na potrzeby rządu landu Badenia-Wirtembergia w pierwszej dekadzie XXI wieku ujawniły, że aż siedemnaście (17) z dwudziestu czterech (24) produktów zawierających podobno duże ilości Aloe vera, miało go w sobie niewiele, za to chromatograficznie aż świeciły od kwasu sorbowego i benzoesowego. Analizy (USA, 2016 r.) czterech aloesowych żelów pielęgnujących dostępnych w sieciach handlowych… nie wykazały w nich obecności aloesu. Za to trzy z nich miały w sobie… maltodekstrynę. Ta ostatnia sprawa ciągnie się już od trzech lat i zdążyła zahaczyć o renomowane kancelarie prawne. Dlatego International Aloe Science Council nie przyznaje certyfikatów produktom, które zawierają mniej niż 5% charakterystycznego markera identyfikacyjnego Aloe vera – acemannanu.

Żurawina wielkoowocowa

Mogłoby się wydawać, że coś tak łatwo dostępnego, jak żurawina, fałszowane być nie może. Nie chodzi tu przecież o owoce do celów spożywczych, a wyciągi farmaceutyczne – te zawsze są droższe, bo podobno odznaczają się wysoką jakością. Pół biedy, gdy używa się przynajmniej innych żurawin (właściwie borówek, bo Vaccinum) – wysokiej (V. corymbosum), czarnej (V. myrtillus) albo bagiennej (V. uliginossum). Literatura i organizacje branżowe znają przypadki fałszowania wyciągów żurawinowych za pomocą ekstraktów z czarnej fasoli, czarnego ryżu, czarnego bzu, śliwek, morwy, a nawet łupin orzechów ziemnych oraz pestek winogron! Analiza chromatograficzna (2011 r.) pewnego chińskiego wyciągu wykazała bezsprzeczny dodatek… hibiskusa, co było bardzo łatwe do udowodnienia po profilu antocyjanowym.

Ostryż długi (kurkuma)

Tak chętnie używana przyprawa, ostatnio robiąca zawrotną karierę również w branży medycznej, również podlega handlowym przekrętom. Z szokującą regularnością wykrywa się w sproszkowanym ostryżu długim inne gatunki, choć zdecydowanie groźniejsze dla konsumenta są inne, bardziej chemiczne dodatki. Dla ładniejszego, elegancko-słonecznego koloru, kurkumę farbuje się żółtym metanilem (Metanil Yellow; w niektórych indyjskich badaniach nawet co trzecia próbka zawierała ten związek) i kancerogennymi Sudanami I oraz IV, które na szczęście występują coraz rzadziej. Analizy z 2013 roku wskazują, że walory wizualne są również podbijane chromianem ołowiu (podobno w Indiach to standard). Amerykańskiemu FDA zdarza się wycofać duże partie kurkumy oraz curry z powodu przekroczenia norm dla ołowiu, co jest najpewniej podyktowane obecnością wspomnianego pigmentu – w 2016 roku wykryto podwyższone stężenie Pb w partii ważącej… ponad 17 ton (źródło towaru: Indie i Bangladesz). Jeżeli zdarza się to nawet w Stanach Zjednoczonych, to jak źle wygląda to u nas, w Polsce? Ponadto znam sygnały mówiące, iż wyciągi z ostryżu długiego mogą być uzupełniane syntetyczną kurkuminą. Jak jest naprawdę? Tego nie wie nikt.

Miłorząb japoński

Sfałszowanie wyciągu z liści miłorzębu zdecydowanie nie jest prostą sprawą. Wszyscy producenci próbują równać się do klinicznie uznanego ekstraktu EGb 721, standaryzowanego na zawartość glikozydów flawonowych (24%) oraz terpenów laktonowych (6%, w tym 3,1% gingkolidów A-C i 2,9% bilobalidu). Trzeba mieć naprawdę dobrą głowę, aby cokolwiek skręcić taniej i tym samym przyoszczędzić na kosztach produkcji.

Na ślad tego procederu natrafiono podczas rutynowej kontroli – próbka zawierała zadziwiająco dużo (jak się pięknie złożyło!) rutyny (glikozydu flawonowego), a niewiele terpenów laktonowych. Nie ustalono bezsprzecznie, czy dokonano zafałszowania wyciągiem naturalnym, czy też syntetycznym związkiem. Jednakże było to absolutnie skuteczne – suma glikozydów flawonowych zgadzała się perfekcyjnie. Niemieckie badania dziesięciu (10) suplementów diety z 2010 roku opierające się na mierzeniu sumy zawartości związków z tej grupy wskazały, że istnieje niemal pewność, iż siedem preparatów (7) jest zafałszowanych. Od tego momentu co jakiś czas pojawiają się doniesienia, że wykryto suplement i ekstrakt z nienaturalnie wysokimi parametrami fitochemicznymi, niemożliwymi do uzyskania bez nieuczciwej ingerencji.

Kanadyjskie badania z 2016 roku wykazały, że cztery z piętnastu (4 z 15) ekstraktów z miłorzębu japońskiego i dziesięć z czternastu (10 z 14) preparatów znajdujących się w obrocie, posiada cechy świadczące o zafałszowaniu. Niektórzy producenci posuwają się do wzbogacania wyciągów z Ginkgo biloba izolatami z perełkowca japońskiego (Sophora japonica), gryki, a nawet z zielonej herbaty… To poważny problem, bo kiepskie przetwory z miłorzębu forsuje się jako pełnowartościowe; efekty terapeutyczne nie mają szansy zaistnieć, a nasze pieniądze są bezpowrotnie tracone w kieszeni oszustów.

Sądzę, że należy zacząć głośno mówić o tym – dotychczas wspominanym półgębkiem – globalnym problemie branży zielarskiej. Nie myślmy sobie, że Polska w tej dziedzinie jest zieloną wyspą na tle całego świata. Rozpasanie (widoczne zwłaszcza w dziale suplementów diety) osiągnęło tak wielkie rozmiary, że trudno zaufać jakiemukolwiek producentowi. Bo któż ma nam dać gwarancję jego uczciwości? Niewydolne i niedoinwestowane służby państwowe? A może mamy zaufać wytwórcy na słowo? Temu samemu wytwórcy, który importuje wszystkie składniki czynne z Chin, gdzie przewrotne fałszerstwa i sprytne zanieczyszczenia są na porządku dziennym? Pomyślmy razem, co możemy zrobić w tej kwestii. Bo zioła i przetwory z nich sporządzone mają nas leczyć, a nie truć.

Dziękuję American Botanical Council za udostępnienie materiałów, które w istotny sposób przyczyniły się do powstania powyższego artykułu.

Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on pinterest
Pinterest

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ZOBACZ POZOSTAŁE WPISY

Zioła i zdarzenia niepożądane

Odwiedzając niektóre strony internetowe, zauważam pewne niebezpieczne tendencje do traktowania surowców zielarskich i przetworów z nich sporządzonych, jako bezpiecznych środków terapeutycznych, przeznaczonych zarówno dla dorosłych, […]

Czytaj dalej…

CZYTAJ DALEJ

Ludowe mieszanki ziołowe

Ostatnio napisałem tekst o polskich apteczkach dworskich, który spotkał się z nadzwyczaj miłym przyjęciem. Nie sądziłem, że internauci łakną informacji o zawartości szaf ochmistrzyń i […]

Czytaj dalej…

CZYTAJ DALEJ

Gemma, czyli pączek

Generał Zima wciąż okupuję Polskę, nie szczędząc nam razów w postaci mrozu, śniegu, lodu i smogu. Bezwzględny tyran utrudnia życie wszystkim ludziom dobrej roboty, a […]

Czytaj dalej…

CZYTAJ DALEJ

Dębianki w fitoterapii

Jesień jest doprawdy niezwykłą porą roku. Obiektywnie powinniśmy traktować ją jako czas śmierci. Przecież za feerią żywych, radosnych odcieni żółci, oranżu i czerwieni, kryje się […]

Czytaj dalej…

CZYTAJ DALEJ

SZUKAJ WPISÓW

PATRONITE

ARCHIWUM

Archiwa
error: Kopiowanie zawartości wzbronione.