Perzu naszego powszechnego

Wegetacja roślin wyznacza rytm życia na wsi. Wczesną wiosną ustala się harmonogram na resztę roku oraz dokonuje pierwszych zasiewów na polach. Nieco później na swoje ogródki wyruszają pomniejsi gospodarze, pilnie przygotowując swoje ogródki i zagony – w kwietniu i w maju wysiewają nasiona i wysadzają rozsadę, aby zapewnić sobie świeże warzywa na resztę roku. Późniejsze miesiące są przeplatane pielęgnacją i podlewaniem, aż do nastania czasu zbioru płodów ziemi: te w dużej części trafią do słojów i weków pochowanych po piwnicy. W końcu późną jesienią oczyszcza się pola z pozostałości upraw, aby po zimie bez przeszkód powtórzyć te wszystkie czynności i zatoczyć swoiste koło. Można by rzecz – idylla! Niestety, czasem przymrozki zniszczą kwiaty, z których miały rozwinąć się czereśnie i truskawki, ulewne deszcze spłuczą nasiona z pola, a prażące słońce spali młode rośliny. To dzieje się raz na kiedyś, zaś jedno jest pewne, stałe i niezmienne – perz będzie rósł, a my wyrywając go spod krzaku pomidora będziemy kląć w niebogłosy!

Zbierając materiały do niniejszego tekstu zauważyłem, że autorzy zawsze wysoce negatywnie odnosili się do perzu i to niezależnie od epoki w której tworzyli. Obrzucano go najrozmaitszymi epitetami: szkoda (Syreniusz), plaga (Gerard), uprzykrzenie (Wyżycki), a nawet per “złośliwie szkodliwa roślina” (Biegański). Tak, kto nie miał okazji odchwaszczać poletka z perzu, ten nie zna życia. Definitywne usunięcie jej z określonego miejsca jest wręcz niemożliwe, trzeba byłoby przekopywać ziemię i wyciągać nawet najmniejsze fragmenty kłączy. Pozostawienie choćby jednego kawałka sprawi, że perz odtworzy się i znów pojawi się ku naszej zgrozie i zgryzocie. W dodatku jest niezwykle żywotny, więc gromadzenie go w jednym miejscu nie przyniesie spodziewanego efektu. Zrozumiano to bardzo wcześnie, dlatego już XVI-wieczne angielskie książki radzą, aby zebrać cały perz w stos i spalić, aby nie mógł już więcej szkodzić ponownie.

Nastawienie autora było dla mnie wielce przydatną wskazówką, dzięki której mogłem poprawnie zidentyfikować w starych książkach akapity i rozdziały, które odnosiły się do tej rośliny – skoro na nią narzekały, to musiała być właśnie ona! Obecnie funkcjonują w przestrzeni literaturowej dwie łacińskie nazwy botaniczne perzu właściwego – powszechniejszy Elymus repens i wcześniejszy, acz wciąż spotykany w oficjalnych dokumentach unijnych Agropyron repens, niekiedy tłumaczony jako “rolnica perz”. W XVIII i XIX wieku określano go nazwą Triticum repens, czyli pszenica perz, choć szczerze mówiąc nie widzę wielu zbieżnych cech z właściwą, doskonale nam znaną pszenicą. Jeszcze wcześniejsi badacze i botanicy nie bawili się zbytnio w odróżnianie traw od siebie (bo kto by te chwasty rozróżnił?), dlatego ówczesne zielniki obejmowały je jako zbiorczy rozdział Gramen, wyszczególniając jedynie najbardziej charakterystyczne gatunki. Perz był właśnie taką z nich i dzięki temu zyskał miano Gramen caninum (psia trawa), co koresponduje z polską nazwą u Syreniusza “psia pasza / psibluy”. Trudno powiedzieć dlaczego caninum, gdyż nawet najstarsze pozycje milczą o genezie tego przymiotnika. Wyżycki wprawdzie wspomina, iż z długich kłączy perzu robi się legowiska dla psów, które miałyby uwalniać je od pcheł i robaków trapiących je w lecie, acz raczej to błędna droga. Prawdopodobnie caninum odnosi się do czynności zjadania trawy (perzu, choć nie tylko) przez psy, która podobno przyczynia się do oczyszczenia przewodu pokarmowego, jak i również uzupełnienia diety w brakujące składniki mineralne.

Historyczni autorzy odnosili do perzu z wyraźną niechęcią, jako do rośliny zatruwającej życie rolnikom, ale chylili czoła przed właściwościami leczniczymi i ekonomicznymi, którymi miała się cechować.

Jest ona wprawdzie źle witanym gościem naszych pól i ogrodów, lecz jej właściwości rekompensują kłopoty – otwiera zamkniętą wątrobę i nerki…

Renesansowi medycy wykorzystywali odwary z części podziemnych perzu właściwego do poprawy pracy narządów wewnętrznych – przede wszystkim wątroby, nerek i śledziony. Skuteczna terapia miała objawiać się zwiększonym wydzielaniem moczu oraz zmniejszaniem “puchlin” czyli obrzęków towarzyszących rozmaitym chorobom. Ponadto odwar ten miał łagodzić tępe, dokuczliwe bóle brzucha. Nieco późniejsze dzieła – pochodzące z XVIII wieku – również wymieniają odwar, ale raczej w ujęciu infekcji dróg oddechowych, zapaleniu płuc oraz kaszlu z dużą ilością flegmy, którą perz miał rozcieńczać i usuwać z organizmu przez odkasływanie. Całe spektrum zastosowań odwaru z perzu wymienia Dziarkowski (1803):

Z wodą gotowane i miast napoju ordynaryjnego pite, służą na pędzenie uryny (moczu), uśmierzenie pragnienia, osobliwie w gorączkach po febrach zimnych, na osłodzenie ostrości humorów skrofulicznych i reumatycznych, na rozrzedzenie gęstości ze zbytecznej krwi i flegmy – stąd mogą być nawet używane w febrach zapalających i kaszlach flegmistych i to z bardzo pomyślnym skutkiem.

Oprócz odwaru wykonywano również specyficzny syrop z kłączy perzu, choć niektórzy autorzy wskazują również na możliwość użycia części nadziemnych tej rośliny. Wykonywano go przez gotowanie soku wyciśniętego ze świeżych kłączy, aż do momentu uzyskania lepkiego, nieco ciągnącego się płynu. Ordynowano go dorosłym w trudnych przypadkach problemów z odkrztuszaniem wydzieliny, zaś dzieciom łyżeczkę rankiem na czczo przeciwko robakom – zwłaszcza owsikom. Ponieważ syrop mógł powodować nieprzyjemne gniecenie i powstawanie gazów, polecano dodawać do przetworów z perzu miętę, melisę bądź nasiona roślin selerowatych (koper włoski, kmin), czyli surowce o charakterze rozkurczowym i wiatropędnym.

Współcześni nam autorzy w zasadzie zgadzali się co do historycznych opisów działania leczniczego kłączy perzu. Breyer (1921) uważał surowiec za równy wartości sarsaparilli; przypisywał mu działanie łagodnie moczopędne, napotne oraz osłaniające. Flamm, Kroeber i Seel (1940) rekomendowali go przy problemach z przemianą materii oraz jako środek wzmacniający rekonwalescentów, którzy mieli operację związaną z nowotworami – polecano im zwłaszcza odwary sporządzone z 50-100 gram surowca. Publikujący w tym samym roku Mildner, zwracał uwagę na jego potencjalną wartość terapeutyczną w chorobach wątroby, śledziony, cukrzycy i reumatyzmie.

Co obecnie wiemy o kłączach perzu, czyli Rhizoma Graminis (zwróćmy uwagę na jakże antyczną nazwę łacińską surowca!)? Możemy określić je jako surowiec węglowodanowy – w wodnym ekstrakcie niemal połowę składników aktywnych stanowią polisacharydy i związki im pokrewne. Wśród nich możemy wyszczególnić zwłaszcza trytycynę (3-8(18?)%), która zachowuje się w naszym organizmie identycznie jak powszechnie znany i ceniony prebiotyk inulina. Trytycyna nie podlega trawieniu i bez przeszkód przechodzi do jelita grubego, gdzie zostaje “pożywką” dla tamtejszej flory bakteryjnej. W surowcu są obecne alkohole cukrowe (mannitol, inozytol) oraz kilka procent fruktozy, dzięki czemu kłącza odznaczają się przyjemnym, choć trochę mdłym słodkim smakiem. Oprócz węglowodanów odnotowano obecność wolnych kwasów tłuszczonych (36%), garbników (5%), ponadto flawonoidy (1%), kwasy fenolowe, nieco antrachinonów oraz śladowe ilości olejku eterycznego (0,01-0,02%) i steroidów.

Współczesne tendencje do wyznaczania konkretnego zastosowania terapeutycznego pozwalają określić Rhizoma Graminis jako surowiec wykorzystywany w terapii chorób układu moczowego (zapalenie pęcherza, cewki moczowej, profilaktycznie – kamienie nerkowe) oraz pomocniczo przy łagodnych objawach zapalenia gruczołu krokowego. Ponadto przy reumatyzmie, dnie moczanowej oraz chorobach w których wskazane jest zwiększenie ilości oddawanego moczu. W tym celu wykorzystuje się trzy przetwory roślinne. Pierwszym z nich jest bardzo tradycyjny odwar, który winno się sporządzać z 3, 5 lub 10 g surowca. Drugim jest ekstrakt płynny o DER 1:1 na etanolu 20%, zaś ostatnim nalewka na etanolu 40%.

Napisałem już o właściwościach leczniczych, więc mogę poświęcić nieco miejsca innym korzyściom płynącym z posiadania perzu we własnym ogródku. Źdźbłami perzu karmiono zwierzęta gospodarskie – zwłaszcza bydło, które nie gardziło również ususzonymi na siano roślinami. Wymyte i pocięte kłącza rzucano koniom do owsa oraz do świńskich koryt – te ostatnie podobno zjadały je bardzo łapczywie. Zresztą perz nie był pożywieniem tylko zwierzęcym, w trudnych okresach człowiek również doceniał jego walory. Dobrze oczyszczone kłącza suszono i mielono na mąkę, która stanowiła podstawę do wypieku chleba – czyniono tak wszędzie, gdzie tylko występował perz – między innymi w Polsce, w Saksonii i w Finlandii. Należy pamiętać, że nie pieczono chleba tylko z mąki perzowej, musiał być obecny dodatek innej, znacznie lepszej mąki, czy to pszennej w Saksonii, czy też charakterystycznej dla Skandynawii mąki żytniej. Perz zastępował również kawę, którą pili zwłaszcza mieszkańcy biednych rejonów Europy Środkowej – jeszcze na początku XX wieku niektóre czeskie wsie prażyły kłącza na ersatz małej czarnej.

Natura ludzka potrafi zrobić alkohol z niczego, więc nie powinno dziwić, że słodkie kłącza służyły do wyrobu piwa: wysuszone mielono na drobny proszek, który z powodzeniem zastępował słód. Ksiądz Kluk (1788) chwalił piwo uwarzone na perzu – twierdził że to “trunek zdrowy i nieodurzający”. Na wsi eksperymentowano również z wódką perzową – metodę fermentacji świeżych kłączy i późniejszej destylacji nastoju opisuje Wyżycki, wspominając, iż to gorzałka “nader przyjemnego smaku”.

Dlaczego zdecydowałem się napisać artykuł o tej roślinie? Impulsem do tego było wprowadzenie na rynek przez Dary Natury bardzo drogiej mąki z perzu, a właściwie napis na jej opakowaniu – “żywność naszych przodków”. Istotnie, była to żywność naszych przodków – gdy normalna już się skończyła, a głód zaglądał pod strzechę. Wówczas uginało się kark, porzucało własną godność i wyrywało ziemi białawe kłącza perzu, aby mieć z czego zrobić chleb dla siebie oraz rodziny. Aby przeżyć. Jak to czasy się zmieniają!

Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on pinterest
Pinterest

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ZOBACZ POZOSTAŁE WPISY

Włoska szkoła trucicielstwa

Ten wpis do Manuału Zielarskiego jest bardzo niedosłownym tłumaczeniem jedenastego rozdziału książki „Poison Mysteries in History, Romance and Crime” napisanej przez Charlesa Johna Samuela Thompsona […]

Czytaj dalej…

CZYTAJ DALEJ

SZUKAJ WPISÓW

PATRONITE

ARCHIWUM

Archiwa
error: Kopiowanie zawartości wzbronione.