O angosturze, której nie ma w Angosturze

Tytuł artykułu z pewnością należy do przewrotnych i dziwnych, gdyż zawiera w sobie pozorny paradoks. Jakże dana rzecz może nie mieć samej siebie? W zielarskim świecie to absolutnie możliwe i w ten oto sposób Angostura może nie mieć w sobie ni grama angostury. Cała historia jest dość skomplikowana, ale jak najbardziej prawdziwa i co najważniejsze dla nas – namacalna. O ile mamy odpowiednie środki finansowe i dobry sklep z alkoholami w okolicy.

Podobno z wiekiem doceniamy wyraźne, gorzkie smaki. Od zawsze wolałem napitki kolorowe i słodkie: likiery, nalewki czy dobre, białe wina. Dopiero najprostszy gin z tonikiem uświadomił mi, jakie prześwietne doznania mogą kryć się w wytrawnych alkoholach. Kilka tygodni temu odwiedziłem jeden z większych hipermarketów i na dziale z wódkami, whisky i podobnymi trunkami znalazłem malutką, przeraźliwą drogą zagraniczną buteleczkę o przydużej etykiecie z napisem „Angostura”. Od razu przypomniałem sobie o pewnej egzotycznej korze o identycznej nazwie, dlatego szybko wysnułem wniosek, że musi mieć ona z nią coś wspólnego. To był gruby błąd!

Gdyby zachciało się nam cofnąć do samego początku, to musielibyśmy trafić do… Legnicy! Niestety, ten artykuł nie może uderzyć w nasze patriotyczne struny, gdyż w 1792 roku było to miasto pruskie (Liegnitz), będące jednym z ważniejszych w prowincji Śląsk (Provinz Schlesien). Właśnie w nim urodził się Johann Gottlieb Benjamin Siegert. O jego dzieciństwie wiemy mało, choć z pewnością był niezwykle mądrym i bystrym dzieckiem, gdyż z łatwością pokonywał kolejne szczeble edukacji. Johann dostał się na studia medyczne, a po ich ukończeniu zaciągnął się do armii pruskiej, która wojowała na kontynencie europejskim ku chwale swojego władcy Fryderyka Wilhelma III Pruskiego. Oczywiście sam doktor Siegert nie walczył na froncie – został chirurgiem wojskowym, która to funkcja była relatywnie bezpieczna, dobrze płatna oraz dawała dużo swobody, dzięki czemu zdążył założyć rodzinę. Jednakże niespokojne czasy w Europie i ogólny brak dalszych perspektyw uwierały Siegerta, dlatego spieniężył cały majątek i w 1820 roku wraz z żoną wyjechał do cichej, egzotycznej, ale wciąż nieodkrytej Ameryki Południowej. Miejscem docelowym była Angostura w Wielkej Kolumbii rządzonej przez Simóna Bolívara, który walczył o wyzwolenie kontynentu spod hiszpańskiej władzy. Prezydent młodej i wciąż niespokojnej republiki szybko poznał się na nieprzeciętnych zdolnościach i umiejętnościach młodego chirurga, nad którym objął szeroki protektorat. Johann Siegert znów leczył żołnierzy, lecz na skalę znacznie większą niż w armii pruskiej – objął zarząd nad szpitalem prowincji Guayana w mieście Angostura, w którym zamieszkał wraz ze swoją rodziną.

Siegert pomimo nawału pracy, zawsze znajdował czas na eksplorację naturalnych bogactw terenów rzeki Orinoko, nad którą leżała Angostura. Skupiał się przede wszystkim na lokalnej florze, którą skrupulatnie opisywał, zwracając szczególną uwagę na potencjalne właściwości lecznicze. Jego liczne eseje wysyłane do towarzystw naukowych w Europie, znacząco poszerzały ówczesną wiedzę o roślinach tropikalnych. Jednocześnie był eksperymentatorem, który nie wahał się użyć nowinek i własnych wynalazków w praktyce medycznej. W 1824 roku po raz pierwszy wykonał gorzki wyciąg alkoholowy, składający się z lokalnych ziół oraz importowanych surowców zielarskich. Miał nadzieję włączyć go w proces leczenia chorych żołnierzy narzekających na brak apetytu i nudności, lecz jego smak wzbudził wielkie uznanie wśród przyjaciół doktora. Siegert posłuchał ich namów i udoskonalił recepturę roślinnej esencji, którą niedługo potem zaczął rozprowadzać po okolicy, jako preparat trawienny i jednocześnie idealny dodatek do mocnych alkoholi (bitters). W 1830 roku zdecydował się postawić wszystko na jedną kartę – nadał swojemu wynalazkowi nazwę „Angostura” – od rodzinnego miasta i zaczął wysyłać niewielkie partie towaru na brytyjską kolonię Trynidad, skąd trafiała do Anglii. Sprzedaż rosła, a doktor Siegert poświęcał coraz mniej czasu na sprawy pacjentów. W końcu ogłosił medyczną emeryturę i zajął się na poważnie swoim biznesem. W 1853 roku z podróży po Europie powrócił jego syn Carlos, który zdecydował się pomóc swojemu ojcu, co przełożyło się profil działalności – założono spółkę „Dr. J. G. B. Siegert & Son”.

W 1870 roku zmarł Johann Siegert, a Carlos został jedynym spadkobiercą receptury wytwarzania esencji „Angostura Bitters”, które już wtedy były znanym i lubianym dodatkiem do drinków i koktajli, choć nominalnie sprzedawano je jako tonik poprawiający trawienie. Carlos zarządzał firmą mądrze – włączył w jej struktury swoich braci: Alfreda i Luisa, a manufakturę przeniósł z Angostury (która w międzyczasie zmieniła nazwę na Ciudad Bolívar) na brytyjską wyspę Trynidad. Było to podyktowane względami czysto handlowymi – statki częściej zawijały na Karaiby, niż wpływały na Orinoko. Ponadto niektóre zioła i przyprawy wykorzystywane do produkcji Angostury były na wyspie znacznie tańsze i łatwiej dostępne. Synowie Siegerta mieli wielkie ambicje, a Trynidad oferował naprawdę dużo. Pod marką „Angostura” powstały wielkie destylarnie rumu, które były jednym z największych pracodawców na wyspie. Tradycje przetrwały do dzisiaj, a ich alkohole są sprzedawane pod jedną wielką marką „House of Angostura”. Firma założona przez Johanna Siegerta obecnie jest wielkim przedsiębiorstwem sprzedającym trunki w ponad 170 krajach świata. No dobrze, to wszystko piękne – ale co z tą roślinną angosturą?

Skład gorzkiej esencji wymyślonej przez Siegerta od zawsze był objęty tajemnicą. Próbowano go odwzorowywać lepiej lub gorzej, ale największy problem sprawiała sama nazwa. Wynalazca nie ukrywał historii toniku i podkreślał, że wzięła się ona od nazwy miasta w którym mieszkał i z którym ma dobre wspomnienia. Rzecz w tym, że nie wszyscy mu dowierzali, dlatego powszechnie wierzono, iż do jego produkcji Siegert używa kory angostury.

Cortex Angosturae (również Cortex Cuspariae) jest korą pozyskiwaną z drzewa Galipea officinalis, które naturalnie występuje w Gujanie, Wenezueli oraz nad brzegami rzeki Orinoko, czyli właśnie tam, gdzie produkowano esencję. Wysuszony surowiec jest bardzo aromatyczny, o przyjemnej woni oraz korzennym, silnie gorzkim smaku. Kora ta przypominała europejskim eksploratorom korę chinową, dlatego wykorzystywano ją jako jej substytut, bądź fałszowano nią ów cenną substancję. Zresztą sama angostura długo borykała się z problemami jakościowymi, gdyż często dosypywano do niej bardzo podobnej kory kulczyby wroniego oka (Cortex Strychni nux-vomica), co mogło skończyć się poważnym, a nawet śmiertelnym zatruciem.

Kora angostury zawiera w swoim składzie alkaloidy chinolinowe (nie znalazłem ich niektórych polskich nazw, więc moje tłumaczenie z niemieckiego może być nietrafne): chinaldynę, chinolinę, cusparynę, galipinę i galipolinę. Ponadto jest w niej oceny olejek eteryczny (około 1,5%) oraz gorzki związek angosturyna. W praktycznej terapii surowiec wykorzystywano przy zaburzeniach trawiennych, niedostatecznym wydzielaniu żółci oraz przy czerwonce. Tradycyjnie dosypywano ją do wina oraz wytwarzano z niej gorzki syrop i miodowe powidełka na dyzenterię. Nad związkami występującymi w korze nie przeprowadzono (chyba) żadnych badań, oprócz sprawdzenia efektu przeciwbólowego frakcji alkaloidowej na psach.

O ile w fitoterapii angostura nie odniosła znaczącego sukcesu, o tyle w przemyśle spirytusowym dostrzeżono jej potencjał. Ponieważ Siegert utrzymywał, iż w składzie swojej esencji jej nie stosuje – co zresztą firma powtarzała wielokrotnie w reklamach – wykorzystali ją inni, wyrabiając własne wersje ziołowych zapraw i gorzkich likierów. Jeden z częściej pojawiających się przepisów na „nieoryginalną” Angosturę brzmi następująco:

Weź 125 g kory angostury, 60 g kory chinowej, 60 g naowocni pomarańczy, 40 g kłącza galangi, 40 g kwiatów cynamonowca, 40 g drewna sandałowego, 40 g kory cynamonu, 15 g kardamonu, 10 g korzenia goryczki, 3 g goździków. Zalej to 4,5 l rumu, niech odstoi kilka tygodni, po czym dodaj kilogram cukru i trochę zielonego barwnika.

Gdy znajdziecie na sklepowej półce flakonik „Angostury”, przypomnijcie sobie o jej egzotycznym pochodzeniu. Doprawdy niewiele rzeczy może poszczycić się taką historią – od pruskiego chirurga, po człowieka Simóna Bolívara i założyciela manufaktury nad brzegiem wielkiej rzeki Orinoko. Takie coś warto mieć w barku – nawet gdyby nam nie posmakowało.

Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on pinterest
Pinterest

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ZOBACZ POZOSTAŁE WPISY

SZUKAJ WPISÓW

PATRONITE

ARCHIWUM

Archiwa
error: Kopiowanie zawartości wzbronione.